A czy Ty boisz się ciemności? vol.2

Kolejna porcja dziwacznych opowieści opartych na faktach.

•••

Jeśli nie mieliście jeszcze okazji czytać pierwszej części naszych opowieści, albo jeśli macie ochotę je sobie odświeżyć, zapraszam o tu. W rolach głównych: Biała Dama, Złodzieje katalizatorów i kot Dzwoneczek.

Dzisiaj mamy z goła inną obsadę, ale równie ciarkogenną.

Uciekinier

Dość często wspominam, że Vuko jest psem, którego byle co nie wzrusza. Wspominałam też kiedyś, że byłby to idealny pies na apokalipsę zombie. Zupełnie bezobsługowy, niewzruszony niebezpieczeństwem i z wysokim poczuciem odpowiedzialności za własne stado. Zjadłby zombie, załatwił fajki na handel i wodę na popitkę. Dodatkowo z przedziwnym radarem na złoli. Jeśli więc on się czymś niepokoi, to znaczy, że należy się tym zaniepokoić faktycznie i ja mu ufam w tym względzie bezgranicznie. Gdyby przed jakąś ciemną uliczką przybrał swoją postawę szeryfa dzielnicowego, zapomnijcie, że bym tam weszła. Bez szans.

Historia wydarzyła się gdy jeszcze mieszkaliśmy w wieżowcu. Godzina bardzo późna, wyczłapuję się na przedsenne siku. Docieram do windy, która tradycyjnie po raz dziesiąty w tym tygodniu jest popsuta. Zdziwiłabym się gdyby było inaczej. No nic, przejdę się schodami, chociaż niespecjalnie mnie to raduje, bo wiedzieć musicie, że klatka schodowa w moim byłym bloku, spokojnie mogłaby robić za plan zdjęciowy dla taniego horroru. Penisy na ścianach byłby w jej przypadku urokliwym pejzażem i zdecydowanie przyjaźniejszym obrazkiem niż przedziwne groźby malowane czerwonym sprayem, rozpływające się po ścianie z nieudolności twórcy niczym posoka. Czaszki, więcej gróźb, gangsterskie szlaczki niczym z GTA i więcej czaszek, a niektóre z nich namalowane jakimiś sadystycznymi, fluo farbami, które w ciemności wybijały się ponad inne. W tym ekosystemie regularnie pojawiali się panowie bezdomni, panowie domni, ale bardzo niemili i dzieciaki kopcące po kątach. PATOLOGIA na tej klatce się działa. SODOMA I GOMORA no. Niedopuszczalne rzeczy proszę Państwa, kto to widział XD

W kazdym razie, jest noc, klatka straszna i patologiczna. Podchodzę do drzwi, otwieram je. Już mam schodzić w dół, gdy Vuko zamiast radośnie zbiegać po schodach – zamiera. No to ja też zamieram. Słyszę dziwny szelest i nie wiem czy to za otwartymi drzwiami, zaraz obok mnie, czy gdzieś poniżej, bo niestety nie zdążyłam jeszcze dosięgnąć włącznika światła. Wszędzie ciemno, cofam się. Drzwi zamykając się, oczywiście skrzypią jakby mało było tej kliszy. Znów słyszę szelest, oddech, a na schodach piętro niżej miga mi ruch ciemnej postaci. Stoję tak chwilę i wiem, że on tam jest, wiem, że on wie, że ja tu jestem i stoi w bezruchu, ale zakładam, że w ciemności mógł nie wiedzieć, że jest ze mną jeszcze komisarz Vukowski. Wiedząc już, że nie stoi zaraz za drzwiami i nie wyskoczy na mnie z kosą w nerę, nadal przytrzymując drzwi, wkraczam powoli wewnątrz żeby dosięgnąć włącznika. Vuko napięty jak struna, nagle wpada w szał. Oddział specjalny K9 spokojnie mógłby wziąć go do spotu reklamowego. Ujada wściekle w kierunku złola, ja w tym czasie zdążyłam zapalić światło. Ciemnej postaci zmiękły majty, musiała chyba uciekać skacząc po trzy stopnie, bo cała poręcz chodziła, razem z towarzyszącym jej co rusz hukiem przerażonych kroków. Dobrze, niebezpieczeństwo zażegnane, szeryf Vukowski nadal na czujce, a ja słyszę, że złol otworzył już sobie drzwi na dole. Wyjrzałam za nim przez małe okienko między piętrami i dostrzegłam mężczyznę w kapturze na głowie, uciekającego dzikim pędem. Czy kapturnik uskuteczniał na klatce jakieś złowieszcze plany kradzieży, napaści, egzorcyzmy, czy może zwyczajnie przysypiał po imprezie, tego się nie dowiemy, bo komisarz Vukowski jak zwykle był na straży.

Fight Club

Jak już możecie się domyślić, blok w którym przyszło mi mieszkać był miejscem cudów wszelakich. Przez te kilka lat odkrywałam wśród swoich sąsiadów przeróżnych osobników, widziałam przeróżne sceny i w zasadzie tydzień bez karetki, bagiet, albo straży pożarnej pod oknem to był tydzień, z którym coś musiało być nie tak.

Tak się złożyło, że kiedyś zaliczyłam dość nieprzyjemną sytuację z jednym z sąsiadów, który jak się potem okazało był jakimś okolicznym typkiem, który miał innych typków na dzielni i takim, co lepiej byłoby z nim nie zadzierać chyba. Jednak cała nasza historia rozpoczęta od gróźb napuszczenia mi na chatę jego nieistniejących STRASZNYCH psów, po chwili dyskusji zamieniła się w uścisk dłoni i rozeszliśmy się w miłości. Tytuł dyplomaty miesiąca dla mnie.

Typek lubił z kumplami stanąć pod klatką z piwkiem, czasem niewiele kontaktując. Trochę się obawiałam czy odnotował w głowie, że żyjemy w zgodzie czy może powinnam się obawiać, że jeśli zastanę go w stanie chwiejnym, to wszyscy będziemy dzwonić po swoich typków, bo zapomni, że zdążyliśmy już zbić pionę. Okazało się, że zdecydowanie nie powinnam się tego obawiać.

Wracam pewnego dnia ze spaceru. O dziwo nie było wcale późno. Na zupełnym relaksie, nieświadoma tego co zastanę, otwieram sobie drzwi, Vuko radośnie drepta do środka, a tam kilku typa urządza sobie fight club. Przed moją zaskoczoną twarzą, na swoją obitą twarz leci jeden facet. Pod ścianą, na ścianę leci drugi facet i wygląda na to, że skończy ze złamanym nosem. Quentin Tarantino lubi to. Trzeci facet z czwartym facetem kibicują pozostałym facetom, a wśród tego wszystkiego on – mój sąsiad Typek. Ja – zawał. Nabuzowany, pijany, jak sobie przypomni, że przez kilka minut mnie nienawidził to po mnie, ale radar Vuka był niewzruszony. Stał sobie grzecznie i patrzył. Jak zwykłe się nie pomylił. Gdy Typek mnie zauważył, ściągnął windę, osłonił mnie ciałem od bitki i praktycznie włożył z psem do windy, mówiąc: „pani lepiej pojedzie”. Chwilę jeszcze osłaniał sobą drzwi, zanim się zamknęły i zresztą całe szczęście bo akurat kolejny typek rozlewał się na podłogę. Wjechałam do domu, nie wiedząc co to się właśnie wydarzyło, sekundę później bagiety były już pod blokiem.

Gdy wychodziłam tego dnia na spacer przedsenny i zobaczyłam co panowie zostawili po sobie na klatce windowej, uznałam, że moja straszna klatka schodowa to jednak wesołe przedszkole „słoneczko”. Efekty bijatyki były wszędzie. Na ścianach, na przyciskach, na podłodze, w windzie, na drzwiach od windy. Jakby się z chłopów lało strumieniami. Quentin Tarantino bardzo lubi to. Czy ja już mówiłam, że to był blok cudów?

Niezidentyfikowany obiekt latający

Wędruję sobie nocną porą z Vukiem. Dookoła oczywiście głucho i cicho. Jest jesień, a jesień nocą to nie jest dobra pora dla wyczulonych uszu. Wszystko szeleści, szumi i wydaje przedziwne dźwięki. My jednak dreptamy niewzruszeni, gdy na przeciwko nas, gdzieś w oddali miga mi poruszający się w powietrzu jasny obiekt. Wydaje się niby poruszać na wietrze. Z początku uznaję to za porwaną siatkę. Podchodzimy bliżej, a ja coraz wyraźniej widzę, że ten obiekt wcale nie porusza się jak foliówka. Dość nienaturalnie zrywa się z chodnika, podlatuje w górę i zatrzymuje się. Momentami mam wrażenie, że obiekt zbliża się w naszym kierunku. Czasem opada na ziemie i pełza po niej przez chwilę, zbliżając się dziwacznym urywanym ruchem, by znów poderwać się do lotu, zatrzymanego zrywem. Z jednej strony chętnie sprawdziłabym co to może być, z drugiej strony wybujała wyobraźnia, za dużo przeczytanych durnych historii. Jestem rozdarta. Radar komisarza Vukowskiego niewzruszony, ale to było jeszcze w czasach gdy nie wiedziałam jak dobry jest i, że raczej warto mu zaufać. Mogłabym przejść bokiem, ale uznałam, że idę po wsparcie. Wyciągnęłam z domu Macieja, który o dziwo całkiem chętnie wybrał się na misję sprawdzenia dziwnego obiektu. Niestety okazało się, że na miejscu wcale już tak chętny do kontaktu z tym obiektem nie był.

Ostatecznie uznaliśmy, że jesteśmy dwójką dorosłych ludzi, bądźmy poważni i rozpoczęliśmy tip-topową wędrówkę. W tym czasie obiekt kilkukrotnie wykonywał swoje zrywy, pełzania i upiorne tańce. Im byliśmy bliżej, tym bardziej upewnialiśmy się, że nie jest to siatka wirująca na wietrze. Kilkukrotnie zatrzymywaliśmy się w konsternacji. W końcu byliśmy na tyle blisko, żeby dostrzec, że nasz straszny upiór, to był balon wypełniony helem. Z boku chodnika, przyczepiony do jakiegoś kamienia i gałęzi czekał na takich jak my. Z racji właściwości rzeczy napełnionych helem raczej trudno tu mówić o możliwości upadku z nieba, czy ucieczki z nieostrożnej dłoni. Ktoś musiał go przy tym kamieniu przyczepić i istnieje całkiem spore prawdopodobieństwo, że ten ktoś turlał się ze śmiechu z takich gamoni jak my. Chociaż być może w pobliskich kanałach skrywał się Pennywise, ale wolałby kogoś młodszego upolować na ten balonik? You never know.

•••

Na dzisiejszą okazję to by było na tyle. Z ubolewaniem stwierdzam, że w naszym nowym miejscu zamieszkania nie mamy takich atrakcji. Czasem w nocy zapali się światło nad garażem z czujką ruchu, ale tyle kotów nam wędruje po ogrodzie, że to nie jest niczym dziwnym. Czasem dziki zaszeleszczą pod płotem, albo wyjdą na ulicę i sprawią, że sąsiad nie może wysiąść z samochodu (true story). Żadnych zjaw i żadnych kapturników, bez sensu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s