Bezsmyczowa plaga i jej konsekwencje

DSC_778954Nie chce być złym prorokiem, jestem jednak  niemalże pewna, że jeśli wszystko dalej będzie podążać obecnym trendem to bezsmyczowe spacery z psem, zakończą się w miastach z hukiem.

Zacznę od zaznaczenia, że jestem pyrą. Ziemniorem z krwi i kości, okrąglutkim mieszkańcem Poznania, który spędził w tym mieście całe swoje życie. Moje odczucia związane będą więc z krainą pyrą i gzikiem płynącą i mogą się one różnić od tego co obserwujecie u siebie, chociaż z rozmów ze znajomymi, rysuje mi się ogólnokrajowy trend, który najpierw mnie drażnił, a teraz wręcz przeraża.

Sytuacja prawna psa bez smyczy to samowolka

Przynajmniej w Poznaniu. Miasto mówi o tym w ten sposób. W dużym skrócie: niby powinno się prowadzić na smyczy, a rasy agresywne dodatkowo w kagańcu, ale jeśli masz możliwość sprawowania kontroli nad psem i nie stanowisz uciążliwości dla otoczenia, możesz prowadzić zwierze luzem. Ten niesamowicie prosty w interpretacji i nie dający absolutnie żadnych dodatkowych furtek zapis (wink, wink), byłby genialny gdyby nasze społeczeństwo składało się z samych mądrych ludzi, a niestety tak nie jest.

A jak wygląda to w praktyce?

W moim odczuciu to nie wygląda. To jest jakiś pogrom, chaos, apokalipsa. Nakreślę Wam mój zeszłotygodniowy poranek jako przykład. Jestem ja i starsze zwierze – Vukowski. Vukowski stoik ma generalnie w nosie cały świat. Na spacerach zainteresowany jest albo bardzo intensywnym wąchaniem krzaczków, albo mną jeśli tego wymagam. Sam z siebie nie podchodzi do obcych psów, odwołuje się od nich, a jak coś na niego wściekle ujada, a obok nie ma Rivera, który wzbudziłby w nim poczucie opiekuńczości, to patrzy raz na mnie, a raz na ujadacza z pogardą do całego świata wymalowaną na twarzy. W skrócie – generalnie ignoruje środowisko, dopóki to środowisko nie wpada mu z wściekłością na twarz. Jest psem, z którym swobodnie mogłabym się bujać po osiedlu bez smyczy i jeśli sytuacja na to pozwala to się bujam, jednak zdarza się to coraz rzadziej i tak było też tego dnia.

Wracając z dygresji. Jestem ja i starsze zwierzę. Jakimś absurdalnym cudem, po raz drugi  w tym tygodniu wychodzę na spacer do parku dość wcześnie rano. Przechodzę przez ulicę, robię dwa kroki i mam wrażenie, że właśnie weszłam do nowo otwartego kolejnego kręgu piekła. Brnę w ten chaos i opada mi wszystko co może opaść. Na około 30 psów, jedynym na smyczy jest mój. Mimo, że patrząc na to co się dzieje dookoła, jest też prawie jedynym, który nadawałby się by na niej nie być.

Wyłączmy z tej wyliczanki dyszkę, która bawi się na trawie, podczas gdy ich właściciele zaliczają poranny plotking. Kulają się, nikomu nie szkodzą, zajmują się sobą – super. Poza nimi mamy dwójkę maluchów, które biegają po całym parku i trudno mi nawet zlokalizować właściciela, o nie chwila, jest. Siedzi na ławce, gada przez telefon. Mimo usilnych prób ucieczki, psy podbiegają do nas, ujadając i zaczepiając wściekle. Proszę Vuka by się chłop zachowywał. Siedzi i usilnie ignoruje. One dalej swoje. Zaczynają być coraz bardziej agresywne. Krzyczę w eter by właściciel podszedł i je zabrał. Brak reakcji. „Błagam niech ktoś weźmie te psy” – brak reakcji. „Ku**a czy ktoś wreszcie weźmie te psy bo nie ręczę za siebie” – powolne zwleczenie się z ławki, zdziwienie o co mi w zasadzie chodzi i zabranie psów.

Idziemy dalej, po drodze podbiega do nas kilka osobników, każdy nastawiony dość pozytywnie, więc obywa się bez większych problemów. Vuko się z nimi obwąchuje, właściciel z oddali krzyczy: „on nic nie zrobi”. No fajnie, że nie zrobi, jeśli nie będzie agresywny to mój też, ale skąd wiesz panie właścicielu, czy Twój pies nie biegnie właśnie na pewną śmierć? Nagle słyszę pisk wgryzający się w czaszkę. Patrzę a w oddali kotłują się wściekle psy. Właściciele biegną gdzieś z daleka. Kurz, wrzaski, szczekanie. Zlatuje się pół parku. No dobra, „fuck this shit I’m out”. Zawijam się z piskiem opuszek psich łapek i zapominam o tym miejscu o 8:30 na zawsze.

Ale żeby to tylko ten park, gdzie tam.

Kojarzycie poznańską Cytadelę? Tak, tak to tam odbywają się Latające Psy. Piękny, rozległy teren, do którego ja już prawie nie wchodzę bo szkoda mi nerwów. Jest tam kilka miejsc, w których od dawna puszczało się psy luzem i każdy przymykał na to oko. Była niepisana zasada, że tu i tu można. Był też wyznaczony przez miasto teren do bezsmyczowych spacerów, ale nie miał ani płotu, ani wyznaczonego końca i jakoś tak się porobiło, że teraz to na Cytadeli puszcza się psy luzem jakby wszędzie i nikogo to już nie dziwi.

Super nie? Taaaaaki wielki i piękny teren zielony do niedzielnych spacerów z pieseczkami. Szkoda tylko, że jeden nieodwoływalny pies przyprawił mnie tam o dziurę w udzie, a drugi o zawał, gdy jakieś 50 kg wyleciało z zza krzaka i poszło z pełnym impetem na mojego szczeniaka, a właścicieli ni ma. Pojawili się po 5 minutach szaleńczego biegu ich futra wokół mnie i Rivera, stwierdzając, że „on im tak ucieka”. A i zapomniałabym. Super było też jak szczeniak aportował mi keczusię i w połowię drogi zamarł, a ja zdążyłam tylko poczuć jak dostaję w bark od owczarka niemieckiego, który wbiegł mi w psa i wyrwał mu zabawkę z pyska.

Ale, ale Wera, nie tak prosto. Przecież jakoś musisz wychodzić z domu. Może nie do parku, ale wydostać gdzieś z bloku trzeba. No trzeba, a łatwe to nie jest, jak ma się w nim i wokół niego pokaźne grono psów, które absolutnie nigdy nie powinny poruszać się bez smyczy, a jednak. Rzucają się na wszystko co się rusza, nawet na ludzi, a ich właściciele nic sobie z tego nie robią.

I szczerze? Ja marzę już tylko o momencie, w którym się stąd wyniosę jak najdalej. Mieszkam w tym miejscu piąty, albo szósty rok. Od 4 lat mam tu zwierzę i tendencja, którą obserwuję mnie przeraża. Mamy w Poznaniu ogromny liberalizm w kwestii psów bez smyczy. Nie widziałam od dawna by spacerował tutaj jakikolwiek patrol, by ktokolwiek egzekwował zapis w prawie, mówiący o tym, że nad psem trzeba mieć kontrolę. Skoro nikt tego nie pilnuje, to właściciele się zwyczajnie rozbrykali i naprawdę takiej plagi psów biegających luzem nie widziałam tu całe życie. Jeszcze te dwa, trzy lata temu gdy spacerowałam z Vukowskim, nie było tak źle jak jest teraz. Powiedziałabym nawet, że były to jakieś jednostkowe przypadki. W tym roku, namnożyło się tego tyle, że to może już tylko się roztrzaskać i to z hukiem, gdy dojdzie do tragedii, ale do tego za chwilę.

Jeśli dotarłeś do tego miejsca i puszczasz psa luzem, mimo, że nie zawsze się odwołuje

Krótka lista rzeczy, które grożą Ci w związku z takimi praktykami.

  • Twój pies nie jest agresywny, ale pobiegnie do agresywnego psa na smyczy, który go skrzywdzi. Możesz się w ten sposób szybko pozbyć przyjaciela i nie będzie to wina agresora. To Ty nie dopilnowałeś obowiązku smyczowego.
  • Twój pies jest agresywny. Podbiegnie do łagodnego psa i go skrzywdzi. Ponosisz odpowiedzialność moralną, prawną i finansową za atak.
  • Twój pies zaatakuje człowieka – jak wyżej, tylko dużo gorzej.
  • Twój pies może też puścić się za zwierzyną i uciec.
  • Twój pies może wpaść pod samochód.
  • Twój pies może podbiec do człowieka, który sobie takiego kontaktu nie życzy i zwyczajnie oberwać.
  • Twój pies może skoczyć na dziecko i przypadkowo je skrzywdzić. Znów ponosisz pełną odpowiedzialność.
  • Twój pies może najeść się trutki, starego mięsa, śmieci i pożegnać się z tym światem.
  • Twój pies może podbiec do zwierzęcia, które przepracowuje problemy z lękiem, czy agresją i spowodować gigantyczny regres w pracy, w którą jego właściciel włożył mnóstwo czasu, serca i pieniędzy.
  • Twój pies może podbiec do psa trenującego. Popsuć całą pracę, zniszczyć rekwizyty i akcesoria – również ponosisz odpowiedzialność.
  • Twój pies może być utrapieniem dla okolicy, a Ty zmorą wszystkich sąsiadów.

Kredyt zaufania

Jestem ogromnym przeciwnikiem nakładania zakazów na wyrost. Decydowania za dorosłego człowieka co jest dla niego dobre, co jest dla niego niebezpieczne, dopóki nie stanowi też niebezpieczeństwa dla innych. Jeśli idzie o ogólne funkcjonowanie w społeczeństwie jestem dość liberalnym człowiekiem, przymykającym oko na wiele spraw. Lubię też dawać kredyt zaufania (w granicach rozsądku) i reagować odpowiednio do otrzymanego w zamian zachowania. Jeśli ktoś, coś, lub wiele różnych ktosi to zaufanie zawodzi, dopiero wtedy podejmuję kroki nakładające ograniczenia. Uważam, że obecna forma regulacji prawnej w kwestii prowadzenia luzem psów, jest takim kredytem i w swoim zamyśle jest piękna. W dojrzałym, świadomym i mądrym społeczeństwie sprawdziłaby się genialnie. No bo czyż to nie jest proste? Odwoływalne psy, które nikomu w niczym nie przeszkadzają, mogą sobie swobodnie eksplorować środowisko. Psy, które radzą sobie z tym gorzej, bywają agresywne, niebezpieczne, zaczepiają inne zwierzęta i ludzi, są prowadzone przez właścicieli zdających sobie sprawę z problemu na smyczy. Nikt się nie czepia psów, których czepiać się nie ma o co, skoro bez smyczy są pod taką samą kontrolą jak na niej. Wszyscy szczęśliwi.

Tyle tylko, że w tej bajce brakuje nam jednej, najważniejszej rzeczy – świadomych ludzi. W związku z tym, obecne przepisy można sobie zwinąć w kulkę i wywalić przez okno, bo i tak nikt ich nie respektuje. Co najważniejsze, sami prawodawcy mają je w nosie. Wolność, swoboda i kredyty zaufania są dla mądrych i dojrzałych ludzi, którzy będą je doceniać i starać się nie zawodzić. Nie dla ignorantów, którym wszystko jedno. Szkoda, że ucierpią na tym wszyscy, gdy to się skończy, a jeśli nic z tym nie zostanie zrobione to tak właśnie będzie i będą nas wszystkich piekły zadki bo jak to zwykle bywa, dostaniemy zakazami na wyrost. Skoro społeczeństwo nie potrafi samo podejmować dojrzałych decyzji, ktoś podejmie je za nas – tak jest najprościej.

Tragedie, media i najprostsze rozwiązania

Schemat pękającej bańki i nagonek wszelakich jest bardzo prosty. Mamy obszar, w którym jest pole do nadużyć, albo mamy jednostkę z danej grupy, która dopuszcza się złamania wszelkich norm społecznych w sposób, jakiego prawo nawet nie przewidziało. Dzieje się tragedia, albo jakiś gigantyczny przekręt, media podłapują temat. Ludzie dostają kociokwiku i tracą rzeczowość oceny. Rządzi nimi strach, złość, panika, emocje. Chcą czuć się bezpiecznie, lub szukają sprawiedliwości. Prawdodawcy odpowiadają więc karą i/lub zaostrzeniem prawa w danej dziedzinie. Bardzo często pomija się przy tym jakiekolwiek rozpatrzenie pozostałych elementów danego problemu. Pojawiają się szybkie i proste zakazy/nakazy i obostrzenia, które niejednokrotnie ograniczają swobodę tych, którzy nigdy tej swobody nie nadużyli.

Jeśli pobłażliwa polityka psów na smyczy (przynajmniej w Poznaniu), dalej będzie wyglądać w ten sposób to będzie jeszcze gorzej i gorzej, aż do momentu, w którym naprawdę wydarzy się tragedia, spowodowana przez psa biegającego luzem, a poszkodowanym będzie już nawet nie drugi pies, a człowiek. Wtedy media się zagotują i skończy się rumakowanie dla nas wszystkich, również tych bez winy.

Moje marzenia, mrzonki i nierealne rozwiązania

Moja propozycja rozwiązania tej sytuacji jest raczej nierealna i nie wierzę, że ma jakąkolwiek szansę bytu, bo wymaga zaangażowania zbyt wiele sił, zasobów ludzkich i czasu, w coś co pozornie może być dla wielu nieistotne. Jednakże w sytuacji, w której społeczeństwo nie dojrzało do podejmowania rozsądnych decyzji samoistnie, a jednocześnie ma jednostki, którym pewne zakazy są zbędne widzę to tak:

Kilka patroli bujających się po wyznaczonych obszarach, koniecznie z psem – niech będzie w kagańcu. Jeśli czyiś zwierz postanowi zaczepić, zaszczekać, podbiec – mandacik, ale taki konkretny. Jak policja minie się spokojnie z psem bez smyczy, który zignoruje patrol, albo bez problemu się odwoła, czy generalnie nie będzie stanowił widocznego zagrożenia – brak mandaciuku – idź dalej wędrowcze. Niech nawet sobie robią wybiórcze łapanki i testy na posłuszeństwo takiego psa. Jak jest ok – masz spokój. Jest źle – mandacik. Jestem niemalże pewna, że to bardzo szybko ukróciłoby całą masę bezsmyczowców. Część z nich przecenia swoje możliwości przywoławcze, ale też gigantyczne grono po prostu nie odczuwa konsekwencji. Jak do mózgu nie dociera, to może do portfela by dotarło?

Sama najczęściej wywożę psy w jakieś krzaczory i tam biegają sobie swobodnie. Aktualnie jednak jest mi trudno zwyczajnie wyjść z bloku na siku. Jeden pies w moim domu jest drobny, uległy i czasem jak spina się na nas coś większego luzem, zwyczajnie boje się o jego bezpieczeństwo. Drugi jest duży, silny i choć dzielnie ignoruje zaczepiaczy, to zaatakowany nie wywala brzucha w przeprosinach. Naprawdę nie chciałabym by zrobił krzywdę małemu szczekaczowi, który go napadanie, szczególnie, że nie będzie to wina tego psa, a jego właściciela, który ma mocno nie tak z głową.

Życzyłabym sobie i nam wszystkim, żeby ludzie zaczęli myśleć i przewidywać konsekwencje. Doceniali swobodę, którą mają i nie nadużywali jej, dopóki jeszcze mogą.

 

 

 

 

15 uwag do wpisu “Bezsmyczowa plaga i jej konsekwencje

  1. Mam rocznego labradora. Okaz masywny (po tatusiu) ale w mózgu jeszcze trochę szczeniacka papka. Wiem, że nie zrobi nikomu przywdy (pacyfista nie znający przemocy) ale ma masę 40kg więc po osiedlu chodzi ZAWSZE na smyczy. W parku krajobrazowym obok najpierw smycz, wybadam teren czy są ludzie, jakiś ruch i dopiero puszczam. Ćwiczymy codziennie odwoływanie i mam 95% obecnie. Te 5% powoduje, że jak tylko widzę człowieka, psa, samochód i inne rzeczy pies jest odwoływany i przypinany. Nie ma zmiłuj. Jako jedyna trenuję psa na osiedlu i sprzątam po nim. Inni właściciele psów w okolicy mają mnie za wariatkę (kupiła se rasowego i jej odwala, to tylko pies!).
    Nie chodzę do psich parków ani ogólnie do parków. To wylęgarnia problemów z wysokim ciśnieniem.
    Chętnie przeprowadziłabym się w domku z własnym ogronem gdzieś z dala od sąsiadów. Ale nie ma jak…
    Moim zdaniem każdy właściciel powinien przechodzić testy psychiczne i wiedzy przed posiadaniem psa. Kary powinny być kosmiczne i za zaniedbanie i za krzywdzenie i za porzucenie. Kastracja czy sterylizacja nakazana i tylko komisja mogłaby to odwołać patrząc na zdrowie psa.
    Ludzie są zbyt beztroscy i nie ma nad nimi bata a nie jesteśmy społeczeństwem na tyle odpowiedzialnym i samodzielnym by bez bata sobie radziło.
    Zgadzam się z wpisem choć to niezwykle smutne.

    Polubienie

    1. Tak, to jest bardzo przykre, że gdy ludzie dostają kwiatki i wolność decyzji nie potrafią z tego należycie skorzystać, a potem płacz, że batem trzeba :/ Współczuję też bycia „tą jedyną trenującą”. Pamiętam jak słyszałam ludzi nabijających się bezustannie z dziewczyny, która próbowała u nas ćwiczyć ignorowanie psów i jakieś drobiazgi z obi. Puszczali w jej kierunku psy samopas i wiecznie narzekali, że po co ona przychodzi w pobliżu jak nie chce mieć kontaktu z innymi psami. Brak słów

      Polubienie

  2. NN

    Czytam, czytam i rozumiem doskonale. Tez jestem z Poznania. Co prawda mój West jest z tych, które na widok innego psa zapominają o bożym świecie (czyli o mnie) i pędzą ile sił w łapach, nie bacząc na mój wrzask, pisk i inne takie. Więc uczę moje bydlęcie, że to ja jestem najważniejsza na świecie, a dopiero później cała reszta. I co? Ano właśnie to o czym piszesz. Zwracam uwagę psa na siebie, idzie mi świetnie a tu nagle podbiega do nas obcy pies, i na nic moje tłumaczenie. „On chce się bawić”, no kuźwa widzę, że chce ale nie o to mi w tym momencie chodzi. Gość patrzy na mnie jak na idiotkę. Mało tego ostatnio luzem biegał taki pies, że ja się go bałam i krzyczę do dziadziusia, żeby tego psa przywołał. W dupie, pies głuchy jak pień, albo miał w tak głębokim poważaniu swego „pana”.

    Polubienie

  3. Ania

    Rety, jak mi bliskie to, o czym piszesz! Mieszkam tuż przy pięknym parku (wychodzę z ogrodu, przechodzę przez mało ruchliwą ulicę i jestem w parku). Wydawać by się mogło, że to sytuacja idealna i mam łatwo. Nic bardziej mylnego… z moim Uno (7 miesięczny borderek) jeździmy codziennie na spacery na łąki/lasy/krzaczory, bo w tym cudnym parku tuż pod domem mam całe mnóstwo piesków biegających luzem… i spacerowiczów, którzy koniecznie chcą pogłaskać i do tego samego zachęcają dzieci – nie zważając na moje sugestie, że bardzo proszę jednak tego nie robić. Trudne to dla mnie i frustrujące.

    Polubienie

    1. Dlatego ja też prawie nie chodzę do typowych parków. Można dostać nerwicy. Niestety wokół bloku mam dwa parki i ludziom nawet nie chce się przeprowadzić do nich psów. Po prostu wychodzą z klatki bez smyczy i sobie idą. Ludzie, samochody, inne psy – nieważne to dla nich :/

      Polubienie

    1. ale ja nigdzie nie zaznaczyłam awersji do Poznania? Wspomniałam, że moje odczucia są właśnie z tego miast bo tu mieszkam i być może mieszkańcy innych miast, mają inne odczucia, bo skąd mogłabym wiedzieć jak jest u nich. Jedyną zaznaczoną przeze mnie awersją, jest awersja do mojego własnego osiedla, które zamieniło się ostatnio w dzicz.

      Polubienie

    2. Ciocia

      Napisz pismo do Policji i Straży Miejskiej. Może akurat będzie więcej patroli. Jakby takich pism było więcej, to w końcu musieliby coś z tym zrobić. Ale jak nikt tego nie zgłosi bo „i tak nic to nie da” to będzie jak było.

      Polubienie

      1. Przy dwóch atakach i groźbach karalnych w moim kierunku, dzwoniłam na policję. Patrol przyjeżdżał po 25 minutach czekania i nic z tego nie wynikało niestety :/ Nie powodowało to też wzrostu patroli w późniejszym czasie.

        Polubienie

  4. DP

    Czytając takie posty zawsze zastanawiam się, czy ja jakimś cudem nie zwracam uwagi na takie sytuacje czy też mam jakieś wyjątkowe szczęście i mnie one nie spotykają. Ewentualnie czy problem nie jest nieco wyolbrzymiany. Mieszkam w Poznaniu od urodzenia, od dobrych dwudziestu lat posiadam psy, i – kurczę – może raz zdarzyło się, by podbiegł do nas jakiś faktycznie problemowy pies.

    Polubienie

    1. Może być to kwestia konkretnych miejsc. Na moim poprzednim osiedlu nie miałam tego problemu. Na obecnym z roku na rok jest coraz gorzej i średnio raz na dwa-trzy dni podbiega do nas coś. Więcej jest psów bez smyczy niż na smyczy, a kilka dni temu rzucił mi się do nogawki york jak wysiadałam z samochodu :/

      Polubienie

  5. Ojej. U mnie w Gdańsku nie spotkałam się z taką nagminnością bezsmyczowców, ale to może wynika z tego, że z moją Pandą nie bywam zbyt często w parkach, w których roi się od psów. Ja mojej nie spuszcam ze zmyczy, bo nie da się jej odwołać jak coś sobie upatrzy. 😉 Szczególnie jak to jest drugi pies – poleciałaby jak durna, nawet jak pies miałby ją zeżreć. 😀
    Bardzo fajny i mądry wpis. 🙂

    Polubienie

  6. Na moim osiedlu w Warszawie trwa w najlepsze wysyp małych piesków dla dorastających dzieci. Część z tych słodzików biega luzem po osiedlu, które znają jak własną kieszeń, bo tylko tam spacerują. Robią jazgot, a czasem nie robią jazgotu, ale ogólnie widzę w tym jakąś tendencję do przyzwalania na takie zachowanie, bo są śliczne i malutkie, więc „nic nie zrobią”. (Chociaż jeden kiedyś po prostu rzucił się do ataku na mojego). Część z tych piesków chodzi owszem na smyczy, ale za to jak chodzi? Otóż szarpią się po całym chodniku na rozciągniętej do granic możliwości flexi, stając na dwóch łapach do każdego napotkanego psa. I teraz do clue… Mam z psem przepracowany problem agresji do małych, szczekających psów – zabawa trwała dwa lata – to masa roboty i samozaparcia. Jeszcze rok temu temu małe pieski miałyby spory kłopot, gdyby skoczyły mojemu na kark. Teraz moja Nuk obliże się, spojrzy na mnie i wycofa, a czasem warknie, ale odpuści. I wiecie co? To moja suczka uważana jest na dzielni za agresywną. Dlaczego? Ponieważ nie pozwalam jej na beztroskie kontakty z psami, ponieważ trzymam ją na smyczy, ponieważ wymagam od niej posłuszeństwa oraz, o zgrozo, czasem chodzi w kagańcu, i ponieważ ja sama rzadko wdaję się w pieskowe pogawędki.
    Cóż, Twoje psy są spokojne i ignorują inne. Mój pies jest po przejściach i wielu problemach, ale też jest już opanowany. Współczuję natomiast ludziom, którzy obecnie mają trudne psy, agresywne psy, reaktywne psy, bo choćby nie wiem jak się starali, pracowali z psami, to przy takiej ilości beztroskich psów luzem, poradzenie sobie z problemami własnych psów jest szalenie trudne.

    Polubienie

    1. Oj bardzo rozumiem. Vuko teraz ignoruje małe pieski, ale też musieliśmy to przepracować. Jest duży i samczy, maluchy się go boją, nie lubią go. Od zawsze rzucały się na niego, atakowały, szczekały, napinały na smyczy. Kilkukrotnie zostaliśmy napadnięci przez yorki i sznaucery na osiedlu bez smyczy i od tego czasu zrobił nam się problem, który co prawda w miarę szybko, ale też musieliśmy przepracować. Do dzisiaj mój pies po prostu ich nie lubi. Ignoruje, olewa ile się da, ale jak na niego skaczą to nie jest zadowolony i wcale mu się nie dziwię. Oczywiście on i ja też jesteśmy „ci źli”, bo przecież jak Vuko na drącego paszczę yorka, raz burknie ostrzegawczo to maluch już kuli ogon pod siebie i piszczy w niebogłosy, więc z pewnością jest tą poszkodowaną stroną….a szczeniak uczy się nadal ignorować psy. Jest bardzo uległy, ale psy go trochę nakręcają i też chciałabym móc spokojnie to ćwiczyć bez napastowania mnie na osiedlu -.-

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s