Warsztaty blogosfery zoologicznej

DSC_6231-23Jeśli zdarzyło Wam się pomyśleć, że słowo pisane powoli dogorywa gdzieś na pustyni zapomnienia, pędzę wyprowadzić Was z błędu. Ono ma się bardzo dobrze, tylko trzeba wiedzieć jak go używać, by dotrzeć z nim dalej niż do własnej szuflady.

Poniżej czeka na Was krótka relacja i obraz tego, czego mniej więcej możecie się spodziewać. Na samym końcu jest garść mojej prywaty 😉

Warsztaty dla twórców internetowych są czymś, co funkcjonuje prężnie od dawna. Jednak nigdy wcześniej nie organizowano tego typu wydarzeń, dla poważnie rozrastającej się niszy jaką jest psia blogosfera. Magazyn Dog & Sport wyszedł temu naprzeciw i rozpoczął cykl spotkań. Warszawskie i wrocławskie, w którym miałam okazję uczestniczyć już za nami. Następne w kolejce są Gdańsk i Łódź. Być może naczelny strażnik lotnych treści tych warsztatów – Malwina Użarowska, wzdrygnie się w grymasie na nadchodzące porównanie, ale nie umiałam sobie odpuścić. Drodzy moi, jeśli jesteście zainteresowani tematem, zapisujcie się prężnie, bo miejsca rozchodzą się szybciej niż gang świeżaków w znanym sklepie o niebiesko – żółtych barwach.

Czego właściwie mogę się tam dowiedzieć?

Warsztaty składały się trzech (i pół) części. Zaczęto kilkoma słowami od sponsorów, którzy opowiedzieli o zawartości przekazanych uczestnikom paczek. Otrzymaliśmy produkty naprawdę wysokiej jakości, które sama chętnie kupiłabym swoim psom. Możecie spać spokojnie. Nikt z Was nie będzie musiał po wszystkim, przemieszczać się ciemnymi ulicami i skrywać za plecami siatki z czymś, z czym wstyd się pokazać publicznie. Były to nowe przysmaki od Maced, zestaw przeróżności od Renske Natural Polska, puszki szaleństwa Rockster, które moje futra pokochały i coś dla kotów – GimCat.

Pierwszy wykład ekspercki, rozpoczęła Patrycja Górecka – Butora, specjalistka od spraw influencer marketingu. Opowiadała o magii hasztagów, zawiłościach statystyk i zdradzała tajniki współprac z markami. Jak z nimi rozmawiać, byśmy przemówili wspólnym językiem. Jaka jest nasza rzeczywista moc i jak ją odpowiednio pokazać. Nie obyło się bez cyferek przeróżnych, również tych, zdających się być tematem, o którym nikt nigdy nie chce mówić głośno.

Później nastąpił pogrom, popłoch i jęki przerażenia, gdy wspomniana w pierwszym akapicie Malwina Użarowska – dziennikarka, coach i ekspert od zdań prostych, lotnych i przejrzystych, rozpoczęła swój wykład. Po takim wstępie możecie się już domyślić, że słuchaliśmy o tym jak pisać by nas czytano. Jak budować tekst by był jasny, czytelny i docierał do szerokiego grona odbiorców. Czego unikać i dokąd zmierzać. To wszystko w sporej części oparte na przykładach naszej własnej twórczości literackiej i okraszone dawką inteligentnego poczucia humoru.

Na koniec słowo zamieniło się miejscem z obrazem. Alicja Użarowska, która w codziennym życiu związana jest z przemysłem gier, a budowanie wizji dającej pożądane odczucia ma w małym paluszku, przedstawiała tajniki fotografii. Było o formie, o kompozycji, o kolorach, wzorach i fakturach. Była też praktyka i szybka gonitwa z aparatami w ramach ćwiczeń terenowych.

DSC_6186aa

A pomiędzy tym wszystkim – piękni ludzie, w pięknym miejscu i ciastka, dużo ciastek

Warsztaty odbyły się w Browarze Mieszczańskim. Skryty gdzieś pomiędzy ceglanymi ścianami budynek, był niesamowicie klimatyczny. Stare dechy, stalowe rury, niskie, wiszące lampy i lekki półmrok. Czyli raj miłośników loftów i piekło fotografa. Pomiędzy wykładami mieliśmy okazję porozmawiać ze znajomymi, z którymi wirtualnie wspieramy się w trudnych chwilach i cieszymy sukcesami. Śledzimy swoje psie życia prowadzone w odległych zakątkach kraju. Możliwość zobaczenia się na żywo w szerokim gronie, wymienienia spostrzeżeń i pochłonięcia zbyt dużej ilości kawy i ciastek to całkiem poważny wabik.

DSC_6265aa

Czy te warsztaty są dla mnie?

Tak są, niezależnie od stopnia zaawansowania w tajnikach psich social mediów. Możesz dopiero zaczynać swoją przygodę i wyciągnąć skondensowaną wiedzę, którą inni zbierali przez lata. Możesz być starym wygą, który zyska powiew świeżości, zainspiruje się czymś nowym, albo uporządkuje znane już prawdy. Ostatecznie, nawet gdybyś wiedział już wszystko o wszystkim, możesz spotkać innych podobnych Tobie, zebranych w jednym miejscu, we wspólnym celu i to też będzie niosło wartość.

Czas na przekraczanie dozwolonych limitów słów, prywatę, spostrzeżenia i osobiste inklinacje, czyli łamiemy wszelkie możliwe zasady seo

Jestem malutką rybką w wielkim stawie social mediów, głupikiem wręcz bym powiedziała. Tyciuteńkim neonkiem. Zaczęłam prowadzić psiego fanpejdża w czasach, gdy co drugi pies miał zakładane własne konto pod szyldem: „XXXbordercollie”, „XXXkelpie”, „XXXkundelekteżumie”. Głównie po to żeby moi znajomi bez psów, nie postanowili stadnie pożegnać się ze mną w internecie i uznać, że mam odkłacznopsiezapalenie mózgu. Niedługo później powstał blog. Głównie z potrzeby wylewania zdań wielokrotnie złożonych, które uskuteczniałam całe swoje życie. Podczas mojej polonistycznej edukacji wymogi zawartych wyrazów, działały u mnie raczej w odwrotnym kierunku. Najczęściej brakowało mi stron w arkuszach i przecinków, czasem słownika ortograficznego, ale nie brakowało mi słów do wyrzucenia z siebie. Cały zamysł prowadzenia tych wszystkich psich miejsc w internecie, był od początku tak daleki od jakiegokolwiek planu, jak tylko to możliwe. Trzy lata temu nie pomyślałabym o tym, że pojadę na jakieś warsztaty, że będę robić zdjęcia dla firm, do których wzdychałam w internecie, że prowadzenie psiego fenpejdża (no XD) będzie czymś, co będę traktować z jakimkolwiek pomyślunkiem. Chciałam dzielić się swoim (no przecież najpiękniejszym) psem ze światem. Swoimi sukcesami i porażkami. Rozmawiać z Wami, wspólnie się cieszyć i wspierać.

Jednak nie potrafię robić czegoś na pół gwizdka. Jak już się zabieram za coś, to całą sobą. Dlatego gdy postanowiłam mieć psa, uznałam, że będę z nim „robić rzeczy”. Gdy zaczęłam pełzać w psich internetach, nibynóżki ledwie wykształcać, robiłam to na tyle na ile umiałam na sto procent. Trafiłam po drodze na wspaniałych ludzi, którzy dzielili się swoją wiedzą. Czytałam, szukałam, pytałam, oglądałam i dojrzewałam. Uczyłam się robić zdjęcia, które będą choćby odrobinę przyjemniejsze dla oka i cieszyłam się każdą odkrytą funkcją Photoshopa. Oglądałam tutoriale, eksperymentowałam, szukałam. Do wszystkiego dochodziłam po swojemu, powoli. Jakoś tak się złożyło, że znaleźli się ludzie, którzy chcieli oglądać to co fotografowałam, czytać to o czym pisałam, nawet jeśli czasem (ze zrozumiałych względów) przeskakiwali kilka akapitów z tej ściany tekstu, którą produkowałam (i tak Was doceniam). Czasem nie wiem czy jesteście ze względu na te wszystkie zdania wielokrotnie złożone, czy pomimo ich, ale wiem, że nie czytacie tego z powodu wykreowanego, wyliczonego tworu z precyzyjnym planem, tylko z powodu realnego, prawdziwego człowieka.

Jak to się ma do warsztatów?

Ma się to tak, że wiele elementów, które się na nich pojawiło było mi znanych wcześniej, bo powoooli i mozolnie dochodziłam do tego sama. Gdybym dowiedziała się tego wszystkiego wcześniej w tak skondensowanej dawce, z pewnością byłoby mi trochę łatwiej pływać w tym stawie. Naprawdę jeśli chcecie sobie trochę skrócić miesiące czy lata poszukiwań, zapiszcie się i posłuchajcie mądrych ludzi. Dowiecie się tego, z czego ja nie zdawałam sobie sprawy miesiącami. Zrozumiecie mechanizmy i wpływy. W końcu, usłyszycie trochę bolesnej prawdy na temat tego jak warto budować tekst by miało to ręce i nogi.

Jednak niektóre kwestie, pomimo statusu bardzo solidnej i rzetelnej wiedzy,  ja świadomie od siebie odpychałam od samego początku i nie planuję tego zmieniać. Jestem pewna, że gdybym pisała zwięźlej, z mniejszą ilością personalnych dygresji i nawiązań, bardziej formalnie, byłoby mi łatwiej dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Ba, ja jestem w pełni świadoma, że są ludzie, którzy śledzą mnie z jakichś tam, przeróżnych powodów, ale blog ich odpycha dokładnie z tych powodów, dla których część ludzi go w ogóle czyta i z tych powodów, które sprawiają mi przyjemność twórczą. Meteorytyka, czystość formy i treści ułatwia odbiór i przyciąga większą ilość czytelników. To w ogóle nie ulega wątpliwości. Sama jednak nie szukam tego na blogach u innych. Chyba, że wpadam na chwilę po instrukcję maskowania w Photoshopie i spadam, zapominając autora w sekundę. Szukam autentyczności i szukam osoby po drugiej stronie. Nie zależy mi na cyfrach, a na ludziach, którzy dzielą wspólną wrażliwość. Jeśli mogę tworzyć tak jak czuję, zgodnie ze sobą, bez spiny i kija w zadku, a jednocześnie wykorzystać narzędzia, które sprawią, że nie będę produkować się dla samej siebie, a jednak trafię do kilku zainteresowanych – skorzystam z tych narzędzi. Jeśli jednak miałabym wyłączyć tę część siebie, której uruchamianie jest w ogóle powodem robienia czegokolwiek w internecie to nie robiłabym tego wcale. W przeciwieństwie do artykułów prasowych, stron firmowych, czy innych tym podobnych, w blogach nie chodzi o ilość, a o jakość (jeśli mamy jedno i drugie to genialnie) i zgodność z samym sobą. O społeczność i zaangażowanie, nawet jeśli oznacza to złamanie paru zasad, albo przede wszystkim dlatego. Co jest bardziej ludzkie niż niedoskonałości?

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s