A czy Ty boisz się ciemności?

DSC_5689-2

Czyli kilka historii opartych na faktach z naszych nocnych spacerów. Będą złodzieje, Białe Damy i ciemne typki skryte za drzewami.

•••

Jak pewnie niektórzy wprawni obserwatorzy naszych poczynań wiedzą, Vuko i ja jesteśmy nocnymi wędrowcami. River nie miał zasadniczo wyboru i po prostu się dostosował, ale chyba jego pierwotne instynkty są mniej…sowie. Budząc się rano, czuję już na sobie jego wzrok, czekający aż otworzę oczy i bogowie nocy tylko wiedzą, jak długo on tak na mnie patrzy. W tym czasie Vuko leży gdzieś pod łóżkiem i niejednokrotnie serwuje mi poranną gimnastykę, gdy potykam się o niego i próbuję nie rozpocząć dnia z twarzą na podłodze. W każdym razie, zdarza nam się od czasu do czasu, zaliczyć ostatni spacer dość późną porą. Wbrew temu co mogłoby się wydawać, nie jest to regułą, ale okazuje się, że „czasem”, jest wystarczającą miarą, by napotkać na swojej drodze wszelkie dziwactwa tego świata i proszę oto właśnie one.

A i kimże byłabym (na pewno nie sobą), gdybym nie dodała tu małej adnotacji. Przede wszystkim, nie mieszkamy na odludziu. Żyjemy na klasycznym polu wieżowców, na którym w czasie naszych spacerów, zdarza mi się liczyć zapalone światła w oknach i jest ich zaskakująco dużo. Dreptamy tylko (!) pod blokami, przy ulicy, unikamy ciemności, krzaków i dziwności wszelakich. Mamy przy sobie też psa, który w swojej karierze odstraszył już kilku typków i przeraził wyskakującego zza krzaka, biednego pana ulotkarza, który pędzi swym sejczolem co wieczór, od klatki do klatki. Także to nie jest tak, że ja się szlajam jak czubek po nocach w lesie sama, czekając aż znajdzie mnie któryś z bohaterów creepypasty. Jesteśmy najczęściej w składzie: trzech samców + ja, ośka i spokój wczesnej nocy.

Adnotacja numer dwa i to taka moja rada dla Was: złodziej i wszelki złol nie wygląda zazwyczaj jak złodziej i wszelki złol, bo co by z niego był za złodziej i wszelki złol, gdyby każdy mógł go rozpoznać. To nie jest tak, że „ci dobrzy” chodzą sobie wesoło po ulicy, a każdy złoczyńca biega w masce i piżamce w paski i jeszcze roztacza za sobą muzyczkę z Simsów (do dzisiaj mnie ona przeraża). „Ci źli” wyglądają jak najbardziej przeciętny człowiek świata, tak żeby jak najtrudniej było go zapamiętać. Co nie znaczy oczywiście, że jak spotkacie na swojej drodze obskurnego typa, w dziwnej masce i kapturze, macie pomachać do niego radośnie, bo z pewnością jest totalnie bezpieczny i zbyt oczywisty.

Nie będzie tu dzisiaj wielu naszych historii, bo muszę zostawić coś dla Was na Halloween, ale mam nadzieję, ze trochę dreszczyku dostarczą.

•••

Samochodowi grzebacze

Zacznijmy od opowieści, w której Vuko jest bohaterem miesiąca i jest to chyba nasz największy hardcore. To było jeszcze za czasów, w których szczenię wymagało dodatkowych wyjść na siku, żeby móc spokojnie pospać do rana. Ta dodatkowa wizytacja oznaczała w jego przypadku, trzy kroki od klatki schodowej, szybką akcję i powrót do domu. Stoję więc sobie na trawniku, rozmyślam nad swym losem, River szuka miejsca i nagle do mych uszu zaczynają dobiegać dziwne dźwięki z okolic parkingu. Zerkam, ale nic nie widzę. Znów dźwięki i znów ta przeszywająca myśl, że chyba w tamtej okolicy właśnie zaparkowałam. Zerkam po raz drugi i mam to, widzę ich. Dwóch typków, zupełnie normalnych, młodych chłopaków. Ni śladu piżamki w paski, nawet kapturów nie mieli na głowach. Coś tam czają przy jakimś samochodzie (dwa auta od mojego), ale nie wyglądało to na próbę włamania. Pomyślałam sobie, że albo to są złole, albo to ich samochód, a ja wymyślam, no bo kto by normalny wczesną nocą, pod domami pełnymi ludzi, przy ulicy pełnej samochodów, próbował coś kombinować. Z drugiej jednak strony, kto normalny rozprawiałby się ze swoim autem po ciemku. W gotowości i na czujce, poczekałam aż Narybek zrobi swoje, a że pozycję miałam mocno strategiczną, bo trawnik nasz skrywał konkretny mrok, natomiast panowie stali wprost pod milionem świateł latarni, mogłam dość potajemnie wrócić do drzwi, wbiec po schodach z paputem na rękach i wyciągnąć na nocny spacer pana szeryfa – Vukowskiego. Przy okazji sprawdzając czy wszystko jest jak należy. Wychodzimy po cichutku i podchodzimy na strategiczny trawnik. Vuko wącha kwiatki, niczym się nie przejmując. Chłopaki nadal nas nie widzą, ale ja doskonale widzę ich i już wiem, że ich zamiary przyjazne nie są. Jeden zaczyna kłaść się na ziemi i próbuje wczołgać pod samochód, drugi stoi na czujce. Gdy dotarło do mnie co się tu własnie odpierdziela, poczułam jak włącza się we mnie tryb adrenaliny. Vuko, jak to Vuko, wyczuł to w sekundę i z zawąchanego Fernando zmienił się porucznika Alexa – K9 west coast, west coast, police department. Napiął się na smyczy i stanął obok mnie, w pozycji, która mówi jasno: „not on my watch, not on my watch”, tym samym wychylił się lekko zza krzaka i ujawnił naszą pozycję. Chłopak na czujce przez chwilę patrzył w naszą stronę zmrożony, nasze spojrzenia się spotkały. Szturchnął kumpla, który już połową ciała był pod samochodem. Kumpel wynurzył się.

„Ej stary, ktoś tam jest” – rzucił.

„O k***a ona ma psa” – dodał drugi.

Ten dialog zadziałał na Vuka, niczym brak świeżaków na madki bąbelków. Uruchomił cały arsenał swoich możliwości. Były wściekłe, wyszczerzone zęby, była napinka taka, że utrzymanie go na smyczy, wymagało ode mnie konkretnego wysiłku i był warkot i szczek taki, że największy badass zza płotu by się nie powstydził. Stojąc tak z psem – pociskiem, rzuciłam do złoli niczym rasowa Karyna:

„Co Wy tam ku**a odpier****ie? Mam zadzwonić na policję?”

No i na to panowie włączyli takie wrotki, że Usain Bolt mógłby mieć problem żeby ich dogonić. W trzy sekundy przebiegli na drugą stronę czteropasmowej ulicy i w kolejne trzy sekundy zniknęli w mrokach pobliskiego parku. Podeszłam zerknąć czy nie zdążyli nic zrobić – nie zdążyli. Wymiziałam Dużego za wszystkie czasy, wróciłam przeparkować samochód (oczywiście z szeryfem u boku), a na koniec i tak obserwowałam jeszcze z balkonu parking, w gotowości.

Historia jest oczywiście opowiedziana w konkretnym slow – mo. To nie było tak, że sobie stałam i zastanawiałam się czy dzwonić po bagietmajstry czy nie. Wszystko działo się bardzo szybko i w zasadzie gdy tylko straciłam cień nadziei, że mogłabym przypadkowo narobić problemów sąsiadowi, walczącemu z własnym samochodem, już sięgałam po telefon, a nim zdążyłam to zrobić, zjawił się posterunkowy – Vuko i sprawa rozwiązała się sama. Brawa dla tego Pana!

•••

Biała Dama

Niedzielne wieczory są wyjątkowe. Oczywiste, że w soboty i piątki osiedle tętni życiem, ale przez resztę tygodnia nadal całkiem sporo dzieje się po zmroku. Każdego dnia, oprócz niedzieli. To jest taki czas, w którym o 22:00 gaśnie wyjątkowo wiele świateł, a na chodnikach nie słuchać nawet chrapiącego z parteru sąsiada. Nie wiem jak on to robi, ale jak widać niedziela – ważny dzień, chrapać nie wolno. Jest więc cisza, nic. Czasem słychać własny oddech. To zawsze są specyficznie – klimatyczne wyjścia.

Kolejna historia wydarzyła się właśnie w jeden z takich niedzielnych wieczorów. Ciemno, głucho, przerażająco spokojnie. Idziemy z futrami, które niespecjalnie odczuwają powagę sytuacji, ale ja nasłuchuję każdego dźwięku jak paranoik, bo się pewnie głupot naoglądałam dzień wcześniej, albo nasłuchałam jakichś true crime czy innych. W każdym razie, dreptamy powoli, standardową trasą, zawierającą zakręt, za którym jest sobie niepozorna ławeczka. Zakręt jak to zakręt, do pewnego momentu skrywa przed wędrowcą swoje tajemnice. Psy szły bez smyczy, więc były kilka metrów przede mną. Dotarły do punktu, w którym widać już co skrywa się za łukiem i zamarły – oba. Stanęły jak wryte, co było dla mnie jasnym sygnałem – wycofujemy się. Przywołałam ich do siebie, zapięłam i co teraz? Mogliśmy albo zawrócić, albo przejść lekko bokiem, na prawo, „bezpiecznie” oddalając się od tego, cokolwiek tak zmroziło psy i zajść to dookoła. Zgadnijcie co zrobiliśmy? No pewka, że ciekawość mnie zżerała i postanowiłam przejść tak, żeby chociaż zerknąć. Wtedy ciszę przerwał donośny płacz dziecka. Dźwięk, który przeszył mnie na wskroś, w czujce, w której byłam. Banał – myślicie? No pewnie, że banał, bo to po prostu bobas, który płacze co noc, w bloku na przeciwko, dla niego niedzielna cisza nie istnieje. Niemniej jednak, w obecnej sytuacji dołożyło swoje trzy grosze do mojego rosnącego zdenerwowania.

Parę kroków i jesteśmy praktycznie na przeciwko ławki, kilka bezpiecznych metrów, po drugiej stronie osiedlowej uliczki i już widzę co tak zmroziło moje psy – kobieta. Siedzi spokojnie i patrzy przed siebie. Wieje wiatr, który porusza jej długie ciemne włosy i długą, białą sukienkę do kostek (tak, wiem, to też banał, ale co na to poradzę, że tak właśnie było). Przyglądam jej się dłuższą chwilę, nie wygląda na potrzebującą pomocy. Szybciutko zmierzam przed siebie, żeby wykonać manewr obejścia jej od tyłu i powrotu na normalną trasę, uznając, że był to fałszywy, ale bardzo dziwny alarm. Idziemy znów względnie spokojnie, ja co jakiś czas odwracam się, żeby zerknąć na kobietę, lekko o nią zmartwiona. Zawracamy, psy robią wypas na trawniku rozciągającym się za ławką. Wąchają, sikają, jedzą trawę. Ja przyglądam się dalej Białej Damie, zastanawiając się co ona tu robi. Wraca z imprezy? Czeka na kogoś? Smutna, wesoła, czy obojętna. „Jaka jest twoja historia kobieto, że skończyłaś na ławce w nocy, w białej sukience?”. Patrzę trochę tępo w jej kierunku, dzieli nas od siebie dobre 40 metrów? Nie wiem, no nad głową jej nie stałam to na pewno. Z opuszczoną gardą zaczynam zmierzać w jej stronę, kierując się już do domu i kończąc naszą wielką nawrotkę. Wtedy, ona odwraca głowę – tak głowę, tylko głowę, skręcając jedynie szyją powoli niczym sowa i mrozi nas spojrzeniem, zupełnie pustym, na twarzy bladej i bez wyrazu, z włosami zawianymi na pół czoła. Zamarłam na chwilę. Kobieta nadal nie odwracała od nas wzroku, z głową wykręconą naprawdę nienaturalnie. Piesełownia zdawała się już nią nie przejmować i zaczęła zmierzać ku domowi, a ja po prostu ruszyłam za nimi, bo i co innego mogłam zrobić?  Cały ten czas, widziałam kątem oka, jak kobieta śledzi nas wzrokiem, bardzo powoli poruszając głową, na nieruchomym korpusie. Gdy już ją minęliśmy i oddaliliśmy się kilka metrów, uznałam, że zerknę zza ramienia czy nadal nas obserwuje, ale jej już nie było. Ławka była całkiem pusta.

•••

Czarny pan zza drzewa

W tej historii nie uczestniczył jeszcze River, nie wiem nawet czy był wtedy w ogóle w planach. Vuko, ja i nocny spacer – tyle jeśli chodzi o postaci, które powinny się tutaj znaleźć, jak się jednak okazało, nie byliśmy wtedy sami. Robiliśmy już ostatnią prostą w kierunku domu, kiedy szeryf mój zaczął być wyraźnie niespokojny i nad wyraz często odwracał się za siebie. Za każdym razem, wtórowałam mu w tych poczynaniach, zastanawiając się o co mu chodzi i szukając źródła tego zachowania. On nie należy do psów, które rusza pierwszy – lepszy dźwięk. Niejednokrotnie mieliśmy już ogon z różnych zwierząt i ludzi, a Vuko niewiele sobie z tego robił, dlatego takie zachowanie wzbudzało we mnie konsternację, ale jakkolwiek bym się nie wysilała, nie widziałam i nie słyszałam nic niepokojącego, jednakże darząc swojego psa sporym zaufaniem w ocenie sytuacji, postanowiłam przejść ten odcinek, lekko krabio – boczkiem tak, żeby mieć ogląd na swoje plecy. W pewnym momencie, Vuko odwrócił się bardzo gwałtownie i zaburczał, ja ustawiona w strategicznej pozycji, szybko byłam gotowa na poszukiwania wzrokiem w mroku nocy i złapałam to. Za jednym z nielicznych drzew przy chodniku, kilkadziesiąt metrów od nas, dojrzałam ruch. Dosłownie mignięcie cienia. Vuko znów mruknął, ja zaczęłam wycofywać nas już jak najdalej, cały czas patrząc w kierunku cienia. Wtedy on postanowił sprawdzić teren i powoli wychylił coś co najpewniej było głową. Zastygł tak chwilę, po czym wsunął się na powrót za swoje drzewo. Zobaczywszy, że został zdemaskowany, wycofał się krabio – bokiem podobnym do mojego i zniknął gdzieś w mrokach nocy, a ja włączyłam turbo – wrotki do domu.*

*Mroczny pan mógł być równocześnie zagubionym poimprezowym zgonem (tak to był piątek i to dość wczesna pora), który próbował w spokoju podlać drzewko, jak i totalnym creepem. Nigdy się tego nie dowiem.

•••

Dzwoneczek

W nocnych spacerach towarzyszą nam różne dźwięki. Niektóre wspomniane wcześniej, to normalne odgłosy wieczornego życia. Płacz dziecka, stukot butelek piwa, chrapanie sąsiada, wiatr goniący liście jesienią i dzikie piski opon, gdy na głównej ulicy obok uskutecznia się Need for Speed Underground. Pośród tych melodii, dość często przewija się również zwany przeze mnie roboczo: „szelest z krzaka”. Najczęściej nie jest to nic wyjątkowego. Krzak ma liście, więc szeleści, jeśli jednak jesteś nietoperzem – jak ja i naprawdę dobrze radzisz sobie ze słyszeniem…wszystkiego, dźwięk szumiącej roślinki może przynieść Ci całkiem sporo informacji. Inną melodię wygrywa zagubiona w gałęziach kuna, inną mały zaspany wróbel, a jeszcze inną wiatr sam w sobie. Podczas spaceru związanego z tą historią, pojawił się jednak taki dźwięk, którego nie potrafiłam zidentyfikować. Poruszający się krzew i dziwny szelest deptał nam po piętach całą drogę. Każda minięta przez nas większa roślina, chwilę później zdawała się płochliwie drgać, szumieć i dzwonić. Najpierw myślałam, że się przesłyszałam. Po kolejnych kilkudziesięciu przebytych metrach, zaczęłam się zastanawiać czy to już po mnie te dzwonki dzwonią, czy mam coś nie tak z głową. Szukałam źródła na balkonowych wiatro – ozdóbkach, ale od kiedy wiatro – ozdóbki posiadają nogi i umiejętność przemieszczania się. W końcu, niemalże jednocześnie rzuciliśmy do siebie z mężczyzną mym:

„Czy Ty też to słyszysz?” –  uf, nie zwariowałam.

Od teraz już razem, zaczęliśmy zastanawiać się nad źródłem tej anomalii. Dobiegaliśmy połowy trasy. Vuko nad czymś jak zwykle się zawąchał. Ja zerknęłam na niego kontrolnie i wtedy zobaczyłam za nami cień z parą jaskrawych oczu. Cień stał tak zupełnie nieruchomo i obserwował. Vuko oderwał się od wąchania, obrzucił dziwny obiekt krótkim spojrzeniem i wrócił do swoich spraw. Kiedy mówię, że vukowska czujka niebezpieczeństwa, to dobra czujka niebezpieczeństwa, wcale nie przesadzam i tym razem jako jedyny z naszej trójki wykazał się racjonalizmem. Gdy zrobiliśmy kilka kroków przed siebie i cień postanowił podążyć za nami, tym razem nie ukrywając się w krzakach, pozostało jedynie pacnąć się mocno w głowę, znów słysząc za sobą dźwięk dzwonków, tym razem mogąc przypisać już ich źródło, którym był wędrujący za nami czarny jak najczarniejsza noc – kot, z zawieszką przy obroży. Kot ten towarzyszył nam już do końca spaceru i nadal spotykamy go od czasu do czasu. Ziomek zawsze kroczy, lub siedzi w bezpiecznej odległości i po prostu obserwuje. Czasem zdarzy nam się wpaść na siebie przypadkowo, mijając się między krzakami. Trochę się wtedy powygina, pomarudzi i przegoni na odpowiednią, według niego odległość. Gdy ma mało własnych spraw, to znów się za nami szlaja, a czasem odchodzi zająć się własnym patrolem. Jak możecie przewidzieć, zyskał w naszym domu przydomek: „Dzwoneczek” i no cóż, czasem strach ma wielkie, żółte oczy i nie każdy nocny spacer oznacza spotkanie z ciemnym typkiem za drzewami. 

•••

Na zakończenie, właśnie oderwało mnie od pisania i wysłało niczym klasyczną starą babcię na balkon do obserwacji, dziwne szczekanie i ujadanie, którego źródłem okazał się mężczyzna, wchodzący do naszej klatki schodowej. Nie wiem gdzie ja żyję – naprawdę.

Reklamy

5 uwag do wpisu “A czy Ty boisz się ciemności?

  1. Karolina

    Czytając o Białej Damie tak się zlękłam, że chyba moje psy będą teraz skazane na sik o 19 i migiem do domu xD Ale wpis mega, też kiedyś widzialam Białą Damę ale z wiekszej odległości (pod warunkiem, że nie byla to zwykla niewiasta w białej kiecce). Z niecierpliwością czekam na kolejne wpisy z tej serii ! 😉

    Polubienie

  2. Frytka

    Przepraszam, ale kiedy będzie post o obróbce zdjęć? Bo ja już chyba rok czekam xD Cieszę się, że chcesz nam przekazać jak najwięcej wiedzy, ale… Hmmm… Jak by to powiedzieć… Przeginasz xD Wybacz, pozdrawiam 🙂

    Polubienie

    1. Cześć!
      Słuchaj, nie znamy się. Ale to nie ważne.
      Tak nie można.

      Cieszy mnie bardzo, że interesuje Cię temat tego, jak Weronika obrabia zdjęcia i moje skamieniałe serduszko mięknie, gdy słyszę, że Wera chce się tą wiedzą w mniejszym lub większym stopniu podzielić.

      Jeśli uważasz, że Weronika za długo pracuje nad tym wpisem, a tak bardzo chciałabyś się dowiedzieć czegoś więcej o obróbce – zapisz się na kurs. Warsztaty.
      To, co Weronika chce przekazać we wpisie, śmiało zakrawa o materiał z płatnych warsztatów. Za niemałe pieniądze.

      Więc okaż nieco więcej szacunku niż „przeginasz xD”.
      Nie wiem, mnie to nie bawi.
      Również pozdrawiam.

      P.S. Tak, myślę, że mogę bronić w tej sprawie Weroniki. Koniec kropka.

      Polubione przez 1 osoba

  3. Ale to było dobre!
    Też się czasem zastanawiam, gdzie ty żyjesz, bo te historie są niczym wyjęte z miasteczka gdzieś na pograniczy puszczy. Wszyscy się stamtąd praktycznie wynieśli, bo coś przeszkadzało im w aurze, zostali tylko najbardziej przywiązani i na tyle biedni, że nie stać ich na przeprowadzkę.
    I pojawiasz się ty, cała na biało, kupując domek graniczący z puszczą.
    No heloł!
    Chętnie posłucham takich więcej!
    Całusy i miłego wieczornego spaceru 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s