Papikonuida

Czy jest jakieś słowo, które mocniej odbiega od szczeniaka niż „stała”? Puchata poczwarka może być mniej, lub bardziej energiczna, mniej, lub bardziej posłuszna, mniej, lub bardziej niszczycielska, ale zdecydowanie nie jest stała. Nie mam tu też na myśli rosnących uszu większych od głowy, czy nad wyraz długaśnych łap, czekających na resztę ciała, które gołym okiem mówią nam: „hej rosnę, hej rozwijam się i zmieniam”. Mam na myśli to co dzieje się między uszami – w psiej głowie. Sinusoida pełna płynnych przepoczwarzeń, nad którymi ja już nie załamuję rąk. Czekam aktywnie, zadaję za dużo pytań, brnę przez bagna, skaczę na tęczy i płynę razem z moją cieczą. Dzisiaj będzie o normie, pełnej zmian i o tym, żeby przestać się nimi zamartwiać. 

•••

Szczeniaki nie rodzą się  niesamowicie grzeczne i cudowne. Nie rodzą się też okropnymi diabelskimi nasieniami, chociaż czasem może tak się wydawać. Pojawiają się na tym świecie z pewnymi predyspozycjami i są tym, co ulepimy z pakietu, który w sobie mają. Możemy do tej rzeźby dołożyć trochę brokatu, albo trochę kolców, ale proces lepienia, to proces pracy z płynną substancją o wysokim współczynniku wzlotów i upadków. Wychowanie psa, to nie prosta droga w górę, to sinusoida i jest ona zupełnie normalna. 

O tym jak szczeniak przyprawił mnie o dziesięć uśmiechów i trzy nowe zmarszczki

Jest poniedziałek. Poniedziałek jak to poniedziałek – zaczynamy nowy tydzień. Dzwoni budzik. Nie, on wrzeszczy i drze się wniebogłosy i  wcale nie mówię tutaj o budziku na czterech łapach, a o tej znienawidzonej melodyjce wprost z mojego telefonu, która zrywa na nogi całą naszą czwórkę. Większy wypełza spod łózka, zerknąć jaki mam stosunek do słuchania budzikowych poleceń, licząc na to, że raczej planuję je zignorować. Ludzki obraca się na drugi bok, marudząc pod nosem, że znów okłamuję samą siebie, myśląc, że wstanę wcześniej niż powinnam i, że ustawienie dziesięciu drzemek nic tutaj nie zmieni. Psi mniejszy jest już na mojej głowie i wylizuje resztki wieczornego kremu, którym próbuję oszukać czas. Zasypiam znowu. Ze snu wyrywa mnie wycie budzika, otwieram oczy i z ciężkim westchnieniem stwierdzam, że w tyłek mogę sobie wsadzić wszystkie te drzemki, bo skuszona wizją dziesięciu kolejnych minut snu, wyczerpałam je wszystkie. Zaspałam. Oznacza to mniej więcej, że albo wychodzę z dwójką psów na raz, albo kupuję plecak odrzutowy. Cóż, plecak poczeka. 

Zakładam na siebie psie jeansy, psią koszulkę i inne dziurawe psie rzeczy. Psiarnie ubieram w psie outifty. Mając w pamięci ostatnią taką próbę, odprawiam rytuał, obracam się trzy razy wokół własnej osi, spluwam przez lewe ramię i błagam los o dary pomyślności dla tej misji – wychodzimy.

Dojście do windy przebiega całkiem gładko, podejrzanie gładko. Wyjście z niej i dotarcie do drzwi jest już odrobinę trudniejsze, ale nadal zaskakująco przyjemne. Wydostajemy się na zewnątrz. Psy robią swoje – oba psy, obie swoje powinności. Nic mi nie wyrywa rąk. Nic nie gryzie smyczy i nie napastuje swą miłością Większego. Idę i zastanawiam się kiedy to jeb pęknie, bo jest za różowo, ale to nie pęka. Wracamy do domu. Psy pochłaniają śniadanie, każde czekając grzecznie na swoją miskę. Ja w tym czasie próbuję zrobić coś z tym co mam na głowie, pakuję torbę. Sprawdzam drzwi, balkon, czajnik, stół, drzwi od łazienki, znów czajnik, gaz i lodówkę. Ostatni rzut oka na dom – jest dobrze. Otwieram drzwi, cofam się – balkon jeszcze raz. Borze szumiący jak ja nienawidzę wychodzić z domu ostatnia. W końcu zamykam wszystko, sprawdzam, idę, cofam się, sprawdzam, zbiegam po schodach, zatrzymuję się: „zamknęłam drzwi?zamknęłaś głupia babo idź” – idę. Wsiadam do samochodu. Zapomniałam mojego zestawu podstawowych kosmetyków pt. „nie miałam czasu pomalować się w domu, zrobię to potem”. No nic, będę świecić gołym licem. 

Późnym popołudniem wracam do domu. Witają mnie dwa futra nadzwyczaj grzeczne. Jestem tak potwornie głodna, że brzuch mój prosi o litość. Postanawiam zaryzykować i spełnić jego prośbę, zanim wyjdę z piesełownią, licząc na to, że szczenie nie zrobi mi przykrej niespodzianki z tego powodu – nie robi. Uznaję, że spróbujemy powtórzyć wspólny spacer z rana – wychodzimy. Po osiedlu spaceruję bujam się z dwoma ideałami, a za nami kobiety mdleją, dzieci piszczą, babcie wzdychają. Idziemy tak w promieniach zachodzącego słońca, trzej muszkieterowie. Jest dobrze, jest spokojnie, jest absurdalnie prosto. Nadchodzi wieczór. Wyspacerowane, najedzone i wytulone psy leżą pod nogami. Ludzki pochrapuje w łóżku, a ja walę w klawiaturę jak wariat. Większy oczywiście śpi już na sowim miejscu i wtóruje w odgłosach głębokiego snu, a mi coś tak podejrzanie cicho. Rozglądam się i nie widzę szczenięcia. No przecie nie wyparowało. W końcu zerkam w miejsce, w którym najmniej bym się go spodziewała – klatka! Jego klatka. Wlazł tam sam skubany i zasnął  jak najsłodszy bobas, w czasie kiedy nadeszła na to pora. Tylko ja jedyna, głupia siedziałam po nocach. Serce otuliło mi się miękkim ciepłym kocykiem radości, umyłam się i dołączyłam do pozostałej trójki. 

Wtorek – poranek zasadniczo mniej zabiegany niż dnia poprzedniego. Psy wyprowadzone osobno, śniadanie zjedzone, lico i tak nie pomalowane, ale skarpetki prawie do pary. Popołudniu szczeniak trafia na zajęcia grupowe – fuck jest mądry. Duży idzie na trening – fuck, ten też mądry. Jest dobrze.

Środa – wtorkowi podobna, zmieniamy aktywności. Papik wychodzi na krótką rundę po dzielni. Nie chwyta do paszczy ni pół patyka, śmiecia czy orzecha. Nie szarpie smyczy, nie ciągnie. Nic mu nie straszne i jakiś taki dziwnie dorosły

Czwartek – nadal bez zmian.

Piątek – wychodzimy w krzaki. Szczenię kroczy pięknie w okolicy nogi, niczym starszy stateczny pies. Dzielnie uczestniczy w kilku ćwiczeniach po drodze. Wracamy, przytulam Większego i słyszę…ciszę – dziwną ciszę. Nikt nie robi dramatu, że moja dłoń dotknęła innego futra. Nikt nie podgryza dywanu, nikt nie wymyśla kolejnych zajęć. Szczenie leży i…leży. Pytam ludzkiego mojego: „Co ten papik taki grzeczny ostatnio? możne chory?” – no i masz babo placek, a teraz weź i se go zjedz. Wypowiedziałaś magiczne zaklęcie i baw się dobrze. Zaklęcie ładuje się przez weekend, nie dając jeszcze symptomów, ale nadchodzi następny poniedziałek…

Poniedziałek – ze snu nie zrywa mnie budzik, a potwór z czeluści piekieł, upominający się o swoją wolność, z klatki, w której zamknęłam go w niedzielny wieczór, bo umiejętność zasypiania w nocy nagle zniknęła. Wstaję, wychodzę najpierw z jednym, potem z drugim. Opuszczam dom tym razem pierwsza, więc bez rytualnego sprawdzania każdego potencjalnego zagrożenia. Popołudnie – wracam. Postanawiam znów spróbować z dwójką – jest nadal względnie ok. Wieczór – zasypiamy, znów bardzo gładko, ale to jedynie zwodnicze preludium do chaosu jest.

Wtorek – znów zajęcia grupowe – papik dzielny. W drodze jednak znaleziony i zjedzony patyk, śmieć i stary chleb, który ktoś mądry inaczej wywalił na trawnik, bo przecież jakiś gołąb umrze bez tego chleba z głodu. A może zbłąkana świnka, dziwnym cudem zawędruje pod ludzkie balkony i postanowi zjeść, to co wyrzucone z nich przez okno, z pierwszego piętra, bo śmietnik za daleko. Kości kurczaka, banany, jabłka, bułki, więcej chleba, więcej bułek, lepsze żarcie niż w szkolnej stołówce. Szczenię nie przepuszcza okazji na tak wykwintny posiłek. 

Środa- spacer o 18:00 – siku. 21:00 – siku pod łóżkiem, które wycieram klnąc ciężko.

Czwartek – przebłysk geniuszu i powrót do zeszłotygodniowej normy. Ominięcie kości z kurczaka, z osiedlowej stołówki. 

Piątek – szczeniak znów postanawia zjeść własną smycz, a w domu mieć owsiki w tyłku i za dużo myśli na raz. 

Sobota – szczeniak pływa, skubany pływa jak dzika wodna  kuna, wydra, syrenka psia. Siedzę i piję kawunię, pieseczki lezą obok siebie pod moimi nogami, posapują. Jak normalnie.

Niedziela – CHAOS. Wspólny spacer, po którym mam ochotę wyjść niby po chleb i nigdy nie wrócić. Więcej chaosu i więcej traum, które mózg mój już wyparł z pamięci. Wizytacja w osiedlowej stołówce, skradziony patyk, pogryziona smycz, wyrywane ręce, głośność, chaos, padam.

Poniedziałek – pieseł znów taki mądry, pieseł taki wow. 

I tak w kółko. Jednak z każdym kółkiem, które zataczamy, powoli znikają kolejne szczenięce głupoty i kolejne szczenięce wariactwa. W tygodniu geniuszu, trafia się skaza głupoty. W tygodniu głupoty – przebłysk geniuszu, ale po każdym kolejnym z cyklu, powoli ubywa tego o czym nawet bym nie pomyślała. Gdy klnę pod nosem na zjedzony stary chleb, nie zauważam nawet jak mija piąty i szósty tydzień, a szczeniak już od dawna nie próbuje zjeść krzesła, czy kabla. Uświadamiam sobie jak daleko odeszliśmy od pierwszego chaosu, dopiero gdy na chwilę zapomnę o sinusoidzie jednego cyklu i odwrócę się, obserwując za sobą morze wyżyn i nizin, które już nas nie dotyczą. Nic z tych rzeczy nie wydarzyło się nagle. Być może niektóre zniknęły czy pojawiły się w zasadzie z dnia na dzień, ale poprzedziła je systematyczna i długotrwała praca.

Była historia, to teraz przejdź do konkretów kobieto

Konkrety, do których zmierzam są zasadniczo bardzo proste, a jednak czasem łatwo jest o nich zapomnieć, gdy po raz kolejny ścieramy siki z podłogi, albo gdy opuszczamy gardę i myślimy, że jesteśmy na prostej drodze ku tęczy, a nagle wszystko się sypie. Konkrety są takie, że lepsze i gorsze dni podczas życia ze szczeniakiem są zupełnie normalne i nie oznaczają, że trzeba z tego powodu załamywać ręce i płakać nad własną ułomnością, lub ułomnością naszego psa (fuja Wam wszystkim, którzy tak myślą). Należy się na to przygotować, przetrwać i cieszyć drobnymi sukcesami, a nad tym co nas martwi konsekwentnie pracować.

Wszystko wymaga czasu

Nasze szczeniaki nie rodzą się od razu geniuszami sztuczek, frisbee, czy najlepszymi ziomkami na dzielni. One się muszą tego wszystkiego dopiero nauczyć, a to co dla nas wydaje się absolutnie łatwe, dla nich może być bardzo trudne. Grzeczne oczekiwanie gdy inni ćwiczą, czy chociażby wyciszanie się w domu, albo panowanie nad emocjami, to dla szczeniaków, szczególnie ras predysponowanych do pracy z człowiekiem elementy, które niekiedy wymagają bardzo dużo czasu, cierpliwości i konsekwentnego czekania na efekty. Pomocny w dłubaniu tych aspektów bywa fakt, że pies prowadzony rozsądnie, z czasem powinien się trochę uspokoić tak po prostu, z wiekiem. Oczywiście podkreślam tutaj „prowadzony rozsądnie”, bo zostawiony sam sobie, może łatwo stać się bohaterem wykresu, który zobaczycie w kolejnym akapicie. Dajmy szczeniakom czas. Nikt nie zaczął biegać nim nauczył się chodzić i nie oczekujmy, że przepracujemy wszystko w jeden dzień. Czasami jest to tydzień, czasem miesiąc, a czasem i pół roku i jest to normalny proces. Ludzie lubią widzieć efekty wszystkiego już teraz, zaraz, ale jest to coś czego trzeba się wyzbyć w kontekście szczeniaka dla naszego i jego dobra.

wykres 1 ok

Tada, proszę. Oto pierwszy z czterech wykresów, które dzisiaj zobaczycie. Ten przedstawia idealny, tęczowy świat, w którym szczeniak trafia do nas jako geniusz i tak po prostu staje się coraz większym geniuszem, bez specjalnego nakładu pracy. Po prostu, z czasem staje się tylko mądrzejszy i nigdy nie napotykamy po drodze przeszkód. Bulsshitttt

On z tego wyrośnie”

I tak i nie. Znów: „prowadzony rozsądnie” pies, powinien z czasem: przestać podgryzać dłonie, zjadać meble, sikać w domu, nadmiernie ekscytować się obecnością drugiego psa i wpadać w tryb wyścigówki domowej, biegającej po ścianach. Jeśli podejdziemy do tematu poprawnie, to pewnego dnia odwrócimy się za siebie i uświadomimy sobie, że to wszystko zniknęło tak – puf, gdzieś po drodze nie wiedzieć nawet kiedy, bo mózg trochę dojrzał w tym czasie. Nie znikną natomiast, a nawet pogłębią się pozostawione samym sobie: lęk separacyjny, szczególnie jeśli wzięliśmy 3 miesiące wolnego na odchowanie szczeniaka i nigdy nie zostawiliśmy go samego ze sobą. Nie zniknie ciągniecie na smyczy, szczekanie i strach przed nieznanymi rzeczami, których nigdy nie pokazaliśmy jako bezpieczne. Nie ucieknie nigdzie bronienie zasobów i darcie paszczy, jeśli nauczyliśmy, że przynosi ono efekt. Nie zniknie wchodzenie na blaty i kradzież jedzenia, jeśli nie nauczymy innego zachowania. Bez podstaw posłuszeństwa i samokontroli nie pozbędziemy się szczeniaka, który zjada śmieci, wybiega przez każdy otwór, nie reaguje na nasze prośby, skacze na ludzi i wyrywa się do piesków.

wykres 1a ok

Powyżej wykres obrazujący mniej więcej jak wygląda temat: „on z tego wyrośnie” pozbawiony jakiejkolwiek pracy i liczenie na to, że wszystko samo się zrobi. 

Kto pyta nie błądzi, zapobiegać lepiej niż leczyć

Jeśli jest jakaś nadrzędna lekcja, której przybyło mi wraz z poziomą kreską na czole, to właśnie ta, by upewniać się i zapobiegać zamiast leczyć. W praktyce oznacza to, że wszystko co wzbudza moje zastanowienie, kończy się szybkim telefonem na pomocne linie mądrych ludzi, z których każdy powtarza, że nie ma głupich pytań i dzielnie służy radą. Następnie uzyskane informacje analizuję i wprowadzam w życie. Obserwuję choćby drobne efekty i działając czekam. Dzięki takim rozmowom poczynania na linii River – Vuko – ja – i „jeszcze nie wyszedłem tylko po chleb i nigdy nie wróciłem” mężczyzna, udaje się dość szybko stabilizować. W przypadku niektórych wystarczyła jedna szczera rozmowa i jeden krótki tydzień, by obrócić wszystko o 180 stopni. W przypadku innych, trochę zrozumienia, więcej czasu, więcej rozmów i również udało się je okiełznać. Zadawajcie pytania – dużo pytań i słuchajcie ludzi z większym doświadczeniem, którym ufacie. Jeśli coś Was niepokoi, a Wy nie wiecie jak nad tym pracować – pytajcie, a gdy uzyskacie poradę, spróbujcie dostosować się do niej na dłużej i nie panikujcie gdy po jednym dniu, nie przynosi efektów. Nic nie przynosi ich tak szybko.

Zaufanie i budowanie relacji

O budowaniu relacji, o naprawianiu relacji, o czasie wymaganym dla stworzenia relacji, o tym wszystkim już pisałam gdzieś między zdaniami wcześniej, a nie tak dawno powstał cały wpis na ten temat, o tu. W skrócie sprawa wygląda tak, że nikt się naszym ziomkiem nie stanie w ciągu jednego dnia. To wymaga czasu i tych dziwnych chwil, wziętych z ulotności kosmosu nie wiadomo gdzie i kiedy. Z przypadkowych zdarzeń i wspólnych rutyn. Relacja i więź buduje się cegiełka po cegiełce, czasem kilka cegiełek na raz, ale nigdy nie jest gotowym domem, do którego wchodzimy z marszu, bierzemy lody z zamrażalki jak u siebie i rozkładamy się na kanapie oglądając Netflixa w ulubionych kapciach. Relacja, więź i zaufanie jest czymś co sprawia, że dojrzewanie szczenięcego mózgu i nasze podejście do tegoż, wchodzi na trochę inny poziom. Dociera w miejsce, w którym wiele rzeczy jest nam prościej zrozumieć i prościej zbudować dalej, ale to wymaga cierpliwości, miłości, pracy, konsekwencji i czasu, który wspólnie spędzimy, również na zabawie. Tak – zabawie. Na głupim bieganiu po trawniku i kulaniu się w trawie. Na szarpaniu dla samego szarpania. Na taplaniu się w wodzie i wszystkich innych rzeczach, które można robić razem dla czystej przyjemności.

Wymagania

Czy jesteście sobie w stanie wyobrazić trzylatka, który przez 1,5 godziny, w pełnym skupieniu słucha Waszego wykładu, albo układa kształty, literki i oblicza deltę? Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie trzylatka, który z łatwością potrafi chociażby usiedzieć na tyłku dłużej niż 15 minut i nic nie robić? Bo ja nie. Chociaż spora część dorosłych ma z tym aktualnie podobny problem, bo ręka świerzbi po telefon w kieszeni, to generalnie obraz studenta na 1,5 godzinnym wykładzie nikogo nie dziwi. Poziom koncentracji w tym czasie może się zasadniczo wahać od: „rozumiem, słucham, notuję”, do: „mam dość, zakończcie te męki”, ale ogólnie rzecz ujmując, jeśli ktoś będzie chciał, to mniej więcej skupi się przez ten czas. W takim razie, czy od szczeniaka też wymagalibyście tego samego skupienia co od dorosłego psa? Bo ja nie. Oczywiście wymagałabym jakiegokolwiek i pracowała nad tym, docelowo zakładając odpowiedni stan mózgu, ale „docelowo” trwa. „Docelowo” oznacza czas i nie ma nic dziwnego w tym, że zwierzę na początku swojej drogi nie potrafi tego, co będzie umiało gdy wypełznie ze szczenięcego kokonu.

Ile to jeszcze potrwa? Czy to normalne? Było już tak dobrze, a znowu jest źle

Pracujemy z tym naszym szczeniakiem i pracujemy. Jesteśmy dzielni, dociekliwi szukamy, pytamy, martwimy się i wydaje się, że jest już lepiej, że już mamy najmądrzejsze zwierze na świecie, aż tu przychodzi sądny dzień apokalipsy, w którym wszystko co umieliśmy i co wypracowaliśmy jakoby zniknęło, a cała praca poszła na marne. Co mówimy bogowi zamartwiania się na zapas i załamywania rąk? Not today, not today. Bo nie ma nad czym się załamywać. Jeśli dotychczas nasza praca przynosiła efekty i powoli dreptaliśmy do przodu, a po drodze nie wydarzyło się nic, co mogłoby jakoś skrzywdzić papikową psychikę, to takie odpływy mózgu są zupełnie normalne. Szczeniaki jednego dnia są geniuszami, drugiego potworami, a trzeciego znów geniuszami. 

wykres 3 ok

Żyjemy w świecie, w którym łatwo jest pomyśleć, że droga do sukcesu wygląda tak jak na powyższym wykresie. Zdaje się, że pracując na swoje powodzenie, powoli pokonamy kolejne stopnie, aż dotrzemy na szczyt, ale to nie jest prawda. Życie, praca nad sobą i nad swoim psem tak nie wygląda. Gdyby wystarczyło jedynie pracować i stopniowo zdobywać nowe umiejętności, stając się tylko lepszym, wszystko byłoby dziecinnie proste. 

Tak naprawdę droga gdziekolwiek wygląda bardziej w ten sposób:

wykres 4 ok

Oczywiście możemy napotkać mniejsze, lub większe odchylenia od środka, bo czemu by nie. Niektóre szczenięta takie są, kto im zabroni. Niektóre ludzkie życia takie są, kto im zabroni i powodzenia im. Jednak najczęściej droga gdziekolwiek, to pokonywanie jednej przeszkody, wpadanie w inną, pokonywanie kolejnej i tak w kółko. Tym trudniejsze jest to w porównaniu, do prostego wchodzenia po schodach, że czasami gdy spadniemy z wierzchołka, wpadamy w taką otchłań, że nie umiemy dostrzec z niej następnego szczytu. W odniesieniu do dorastającego szczeniaka, jeszcze bardziej znaczącym komplikatorem jest fakt, że część spraw jest zupełnie niezależna od nas, a tym co ponosi za nie winę jest biol – chemia w psim mózgu. Wspólne dorastanie, wychowywanie i nauka, to nigdy nie jest prosta droga w górę. To zawsze lepsze i gorsze dni. To zawsze nowa misja do pokonania, gdy zwalczymy poprzednią, to sinusoida o mniejszym, lub większym wychyleniu i to jest normalne. Jeśli systematycznie budujecie szare komórki w psiej głowie, to gdy wejdzie w nie szatan, zło i buba najgorsza, wiedzcie, że raczej nie weszła tam na stałe i nie szczeniak jest nagle zły, tylko dzień. Gorszy dzień i tyle. Jutro będzie lepszy i nie ma co z tego powodu załamywać rąk. 

Kończąc

Na zakończenie myśl, która nie dotyczy tylko życia ze szczeniakiem, a życia z psem w ogóle. Jeśli coś jest problemem, nad którym nie wiemy jak pracować, w którym ewidentnie robimy coś źle – pytajmy o pomoc mądrzejszych. Później konsekwentnie nad nim pracujmy, a jeśli po dłuższym czasie nie przynosi to efektów, poszukajmy innej drogi, ale nigdy nie liczmy na to, że rozwiążemy każdą sprawę jednym pstryknięciem palca i, że coś co jest dobre, zawsze takie będzie. Jeśli natomiast wędrujemy we właściwym kierunku i nagle coś się posypało, weźmy futro na spacer w krzaki. Dajmy szczeniakowi być szczeniakiem, dorosłemu dajmy robić to co szczeniaka w nim wyzwala, zapomnijmy na chwilę, że cokolwiek z psem robimy i bądźmy po prostu człowiekiem i psem. Nie zawodnikiem i psem, nie przewodnikiem i psem, nie kimś z aspiracjami i psem. Bądźmy ziomkami. Chwila cieszenia się sobą tak po prostu, podklei tam trochę to, co zaczęło pękać we wspólnym myśleniu i pozwoli nabrać dystansu. Może w czystej głowie znajdzie się miejsce na rozwiązanie problemu, który powstał, a może czysta głowa będzie rozwiązaniem samym w sobie? I pamiętajcie: papiki zmienne są, to jest normalne, not today bogowie smutków. Peace joł 

2 uwagi do wpisu “Papikonuida

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s