Kupogedon, foch starszyzny i gumowe laczki – czyli pierwszy tydzień ze szczeniakiem

5aTydzień temu, do naszej drużyny dołączył siewca chaosu, w niepozornie puszystej formie. Uczynił mnie mistrzem logistyki i przypomniał zdobytą przy szczenięcym Vuku, umiejętność nadsłuchu i nadwzroku, przy jednoczesnym paraliżu narządu węchu. Oto on, nasienie diabelskie, kamikaze o mocno pofalowanym, mądrym móżdżku – River

•••

Chaos

Jest chłodny, zimowy wieczór, a ja stoję na trawniku w kapciach i niechlujnie narzuconej na siebie kurtce, modląc się do puchatego stworzenia, na drugim końcu smyczy, by po skończonej sprawie, postawił swoją słodką stopę dwa centymetry w przód i nie wdepnął we własne dzieło. Nadzieje to płonne, bo małe nieogarnięte jeszcze ciałko, giba się na boki jak galareta, odrzucając moje modły. No nic, łapka się wytrze w śniegu. Wracamy do domu, psikam, zaczynam się zastanawiać, czy czeka mnie kolejny już w życiu combos pod tytułem: „szczeniak, z którym trzeba wychodzić na zewnątrz na okrągło i wykupione pół apteki, niczym emerycki paladyn lvl 80”. Młode zasypia, ja padam na twarz. Po całodziennym noszeniu tych szalonych 3,5 kg, jego dobytku w reklamówce z Lidla i mojej gigantycznej robotniczej torby, czuję się jak wytargany przez pół pustyni wielbłąd. Wbrew woli, zasypiam natychmiast, tak więc nastawienie budzika na te kilka godzin wcześniej, odpływa do krainy: „tego błędu będziesz żałować rano”.

Otwieram oczy, budzi mnie paraliż węchowy i chyba nie chcę widzieć tego co widzę. Oszczędzę Wam rozbudowanych, jak u mistrza Tolkiena opisów tego, co zastałam. Powiem jedynie, że tym razem, małe weszło w swoje dzieło jak w masło. Później zostało włożone do wanny, w celu opłukania stópek, ale w wannie siedzieć nie chciało, a że ruchliwe i diabelsko zwinne, to mój poranny refleks został wystawiony na solidną próbę, podczas powstrzymywania pomiotu, od niecnych pomysłów. Oczywiście wanna nie została w tym wszystkim oszczędzona. Ostatecznie, w ruch poszła namoczona ścierka, a potem mop, więcej namoczonych ścierek, środek do czyszczenia dywanów i najbardziej uniwersalny, ze wszystkich środków czyszczących: psikotko do szyb.

I tak zaczęłam kolejny dzień z tym wcieleniem szatana…

Jak spędziliśmy pozostałą część tygodnia?

Przede wszystkim na poznawaniu i uczeniu się siebie, pokazywaniu zasad i zabawie. Tzn. pomiot bawił się świetnie, ja trochę umierałam, ale wiedziałam na co się pisałam. Ponieważ pojawienie się papika, nie zwolniło mnie z moich stałych obowiązków, zwierz towarzyszył mi w codziennym życiu, będąc od czasu do czasu pozostawionym pod opieką zaufanych ludzi, lub śpiąc w biurze, w swojej klateczce. W związku z tym, uczył się już powoli samodzielnego pozostawania, odpoczywania poza domem i wtedy, gdy ja jestem zajęta obok. Poznał całkiem sporo różnych ludzi, miejsc i dźwięków. W tym, wesołych panów od robót drogowych za oknem, w odblaskowych kamizelkach, którzy w pierwszym kontakcie wydawali się kosmitami z odległej, odblaskowej galaktyki. Odwiedziliśmy głośny miniwodospad w parku, przeszliśmy nad nim brukowanym mostem i patrzyliśmy na kaczki. Totalnie drobna dziecinada, ale czym innym jest to małe glutowate jak nie psim dzieckiem? River został już nawet sam w domu na dłuższą chwilę, gdy jeździłam ze starszyzną, w panicznym poszukiwaniu nowej ładowarki, bo przecież mało mi zleciało na głowę innych rzeczy. I dał radę. Po powrocie zastałam go wypełzającego spod łóżka i kapeć sztuk jeden, na środku dywanu. Czyli całkiem przyzwoicie 🙂

Poza tym, udało się w ciągu tego tygodnia, pokazać szczenięciu, że z szarpakiem warto biec do człowieka i przyszłość aportu, wygląda na tę chwilę całkiem miło. Dłubaliśmy kilka drobnych sztuczek na zmęczenie głowy i propsowaliśmy wbudowane w tym ciałku podążanie i skupienie na przewodniku. Dużo miziałam go po gołym bebzolu i od czasu do czasu „odstawiałam w kąt” za głupoty. Szczeniak był sobie szczeniakiem, ja byłam sobie trupem i jakoś tak minął ten tydzień.

Co na to starszyzna?

Starszyzna była moim pewnikiem w całej tej logistycznej zagwozdce. Vuko był „wykorzystywany” kilkukrotnie, jako dobry wuja, który nie zgnoi szczeniaka, ale pokaże granice, który ma dość wysoką tolerancję na głupoty i wygibasy. Gościliśmy u siebie obce latorośle wcześniej i wszystko szło gładko i miło. Dlatego tym większym obuchem dostałam w czerep, gdy okazało się, że własny papik, to inna para kaloszy i starszyzna postanowiła zarzucić siarczystym fochem jak stąd do Częstochowy. Pierwsze dwa dni razem, nie należały do przyjemnych. Vuko robił wszystko żeby unikać szczenięcia, a gdy ten wchodził w jego przestrzeń osobistą, wyraźnie dawał znać, że mu to nie odpowiada. Wizja izolowania ich od siebie, przez nie wiem ile, zaczęła roztaczać ciemne, burzowe chmury nad moją zatroskaną głowę. Jednak już w połowie tego szalonego tygodnia, niebo zaczęło się rozjaśniać i dawać nadzieję na poprawę, a dzisiejszy dzień zakończyliśmy mocno widocznym rozejmem, pod postacią Vuka, który sam z siebie kładzie się obok młodego i trąca go nosem, gdy ten popiskuje przez sen. Starszyzna pozwala już na większość głupot, mocno ustępując, lub wzdychając ciężko, nad kolejnym idiotyzmem i to ja muszę biegać za młodzieżą, tłumacząc, że ta kecza, to nie jego kecza. Tym co bardzo szybko, zaczęło zmieniać stosunek Vukowskiego do całej tej sytuacji, było położenie nacisku na kontrolowanie szczenięcych wybryków, zamiast fochów starszyzny. Wyznaczenie dla niego przestrzeni i to głównie tej mentalnej. Dużo okazanego zainteresowania i sprawiedliwości. Wyraźne określenie co jest czyje i kiedy kto co robi. Jednoczesna zabawa i okazywanie czułości jednemu i drugiemu. Nie planuję jeszcze zostawiać ich samych razem, bez kontroli, ale wydaje się, że ten moment nadejdzie szybciej, niż można by pomyśleć po pierwszym wspólnym dniu. Na tę chwilę, pozostaje tylko kwestia szeryfującego Vuka – Strażnika Texasu, który jest strasznie nieszczęśliwy, gdy małe robi rzeczy, które Vuko zna jako zakazane.

Kim on jest? Dlaczego on? i czemu rzeka, rzeką jest?

River jest Riverem, bo długo miałam pustkę w głowie, a wszystko co do niej wpadło było „zajęte”. Szukałam imienia, które będzie związane z naturą, mocno odróżniające się od imienia starszyzny, będzie miało głoskę twardą i miękką i tak pojawiło się River. Daruję sobie całą masę symboliki związanej z rzeką, która mi odpowiada, ale życzyłabym sobie, aby małe – puchate wyrosło na psa, który potrafi płynąć spokojnym nurtem, a gdy trzeba, rozrywać koryta i gnać.

Przed nami całe życie, więc wszystko co skrywa się w tym merle móżdżku, dopiero wyjdzie na światło dzienne. Na tę chwilę, jest stworzeniem bardzo zainteresowanym człowiekiem, chętnie za nim podążającym. Szarpie się jak dzik, wgapia tymi swoimi oczętami, bardzo szybko się uczy. Jest też zawziętym pomiotem szatana, z uwielbieniem do gumowych przedmiotów, w tym wszystkich modeli kapci i kabli. Gdyby to było tak grzeczne jak mądre, życie byłoby prostsze.

Formalnie River, zwie się HURRICANE SKY Ścigając Wiatr. Jest dziecięciem rodziców, którzy mają cały szereg odpowiadających mi cech charakteru i fizjonomii. Oboje rodziców obserwowałam, czytałam o nich, pytałam o nich i oglądałam na żywo i w sieci. Z matką przyszło mi spędzić weekend i u siebie i u niej. Z ojcem przebywałam  na zawodach i jest niesamowicie zrównoważonym, skupionym na przewodniku psem. Kaja jest szczerym hodowcą, przegadałyśmy o tych zwierzach dużo czasu, a wybór tego, a nie innego miotu był świadomy w każdym calu 😉

•••

Teraz czas, aby małe zdrowo rosło i abyśmy budowali dobrą relację, opartą na zaufaniu. Mam nadzieję, że chłopaki znajdą w sobie ziomków, a ja znajdę w tym wszystkim, nowe doświadczenia.

PS. Dla wszystkich pytających o nazwę bloga. „VUK VUK” znaczy w zasadzie: „wilk wilk”, myślę więc, że teraz pasuje nawet bardziej 😉

 

Reklamy

19 uwag do wpisu “Kupogedon, foch starszyzny i gumowe laczki – czyli pierwszy tydzień ze szczeniakiem

  1. sportowezadopcji

    Ech te foszki starszyzny 🙂 Znamy doskonale z autopsji. Jednak z czasem nawet najbardziej fochnięty, wrażliwy psi jedynak potrafi zaakceptować rodzeństwo. Tak było u nas i tak będzie pewnie u Was 🙂

    Polubienie

  2. Vukowski będzie najnaj (…) lepszym ziomkiem, jak to mawiasz – dla Rivera. Swoją drogą, merlaki to cudo! Blue / slate merle plus red merle (o ile mnie moja nierozwinięta umiejętność rozpoznawania psich maści nie myli) tworzą świetny i przy okazji zgrany duet. Czekam na kolejne wpisy z udziałem „braciszków” 🙂 !

    Polubienie

  3. Po tym tekście oficjalnie zostajecie z chłopakami jednymi z moich ulubionych blogerów. 😀 No płakać ze śmiechu można! Rewelacyjny wpis.

    Powodzenia w szczeniakowaniu! Choć, sądząc po instastories, jest już dużo lepiej… 🙂

    Polubienie

  4. Pingback: Psie internety - styczeń 2019 - Życie z Psem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s