Opanowujemy emocje

3O psich emocjach mówi się dużo. Poświęca się im całkiem sporo czasu, od samego początku psiej obecności w domu. Równie często zaznacza się, że są one odbiciem naszych własnych uczuć. Dlatego zapraszam Was przed moje lustro, na przegląd odbić, przebłysków i refleksów.

•••

Przydługi wstęp

Są pewne dziedziny życia, w których bardzo szybko przefiltrowuję wagę, docierającej do mnie informacji zwrotnej. Następnie albo natychmiastowo wkomponowuję ją w swoje poczynania, albo wywalam na śmietnik w sekundę. Staram się nie gnić w bagnie, ze zbędnych myśli, ale też z każdej, nawet najgłupszej wyciągnąć jakiś wniosek. Są jednak takie obszary, gdzie analizuję dużo. Przeżywam nadmiernie i mielę, mielę, mielę, jak ten młyn do upadłego. To sprawia, że pochodne tych miejsc w głowie, w pewnym momencie przestają być wynikiem każdorazowej, długotrwałej analizy, stając się działaniem instynktownym, wynikających ze wszystkich wcześniejszych przemyśleń. Takim efektem długiego prażenia, jest chyba mój obecny stosunek do emocji w psim życiu. Często wspomina się o nich, oderwanych od kontekstu ludzkich uczuć, a są to światy tak splecione, że nie sposób mówić o jednym, bez drugiego.

Musicie wiedzieć, że ja jestem człowiekiem bardzo emocjonalnym. Lubię od czasu do czasu hiperbolizować to co odczuwam, karmić się tym jeśli warto. Jednak z łatwością też wskakuję z jednej emocji, w drugą. Bardzo szybko wchodzę na najwyższe obroty i za pstryknięciem palca z nich schodzę. Brzmi znajomo co? Jak taki trochę border z on/offem? (sic! wcale tego nie napisałam).

W każdym razie, w życiu z psem, musiałam zmierzyć się z szeregiem różnych, toczących mnie emocji. Większość z nich poddałam pewnemu przemiałowi, po to żeby wychodziły ze mnie jak należy i kiedy należy, same z siebie. Nie wyobrażam sobie puścić wolnym strumieniem tego potoku, który mógłby ze mnie wypłynąć pierwotnie. Nie ma koryta rzeki, które sprostałoby chaosowi, z połączonych, nieopanowanych odczuć moich i Vuka. Jednak równie mocno, nie widzę siebie w roli głazu z emocjami na guziki. Dlatego przemiał i analiza były konieczne. Wciąż dodaję do nich poprawki, ale na chwilę obecną myślę, że doszło we mnie do odpowiedniej segregacji i nauczyłam się kontrolować emocje, nie kontrolując ich, jakkolwiek absurdalnie może to brzmieć. Poniżej zebrałam moje dotychczasowe przemyślenia, odnośnie kilku napotkanych po drodze uczuć.

Chwila dla prawidła 

Chciałabym tu, już tradycyjnie zaznaczyć, że są to moje przemyślenia, wzięta z życia z takim, a nie innym psem u boku. Wychowywanym od małego świro – gluta pod moim dachem. Bez przykrej przeszłości, bez przyniesionych problemów. Moja własna tabula rasa. Ponadto, w czasie całej tej drogi, poznałam różnych ludzi i ich różne psy. Obserwowałam jak różna bywa tam wzajemna wymiana energii. Widziałam zachowanie przewodnika, które w moim przypadku nie sprawdziłoby się nigdy, a w jego sprawdzało znakomicie. Widziałam efekty błędów, które czaiły się na mnie za rogiem, a których uniknęłam, jak również miejsca, w których mogłabym być, gdybym zrobiła coś inaczej/lepiej. Jeśli odnajdziecie w nas siebie – znakomicie. Natomiast przegląd psich i ludzkich charakterów, jest tak ogromny, że bez wątpienia będą tutaj kwestie, w których Wy postępujecie inaczej. I jeśli to działa – świetnie!

Opanowanie 

Opanowanie jest niemym dyrygentem dla naszych emocji. Niby orkiestra umie grać samodzielnie, ale bez niego, w każdą nutę wkrada się drobny element chaosu. To ten odwrócony od widowni przywódca, zbiera w całość mnogość dźwięków. To on dramatycznym przymknięciem ręki ucisza niesforne nuty. W końcu mimo, że w kontekście tych wszystkich instrumentów, zdaje się być wielkim milczeniem, to on ma w sobie po trochu z każdej trąbki, altówki i bębna. Nie jest zupełną ciszą, tak jak opanowanie emocji nie jest ich brakiem. Ta która ma wystąpić naprzód, nadal to robi, ale pod odpowiednią batutą, wybrzmiewa tak jak powinna.

Nie bez powodu mówi się, że dobry przewodnik, to opanowany przewodnik, a rozhisteryzowany właściciel, to rozhisteryzowany pies. Natomiast z pewnością nie oznacza to, że należy być jak ten głaz, niewzruszony – wręcz przeciwnie. Są jednak takie obszary psiego życia, w których emocje pod batutą pana Opanowania w smokingu, rozwijały nam się znacznie lepiej, niż bez niego:

  • Szczenięcy ogar emocjonalny:

Emocje rodzą emocje, a spokój rodzi spokój. Gdy trafił do mnie Vuko, byłam przygotowana na chaos, który za sobą przytarga. Wiedziałam, że będzie go wszędzie pełno, wiedziałam, że będę musiała nauczyć go odpoczywać. Nie spodziewałam się natomiast, że będę miała do czynienia z bioinżynierią i nanotechnologią, a tak właśnie czułam się momentami. Wystarczył dotyk powietrza, które musnęło mój palec żeby odpalić reakcję łańcuchową, kończącą się zwykle dzikim grand tour po suficie. Każde większe uniesienie z mojej strony, generowało ogień tysiąca pochodni. Nie miało znaczenia, czy było to gniewne wzburzenie, czy radosne piski. Jakakolwiek intensywniejsza emocja, była odbijana w moją stronę, z podwójną mocą. Oczywiście, jestem pewna, że jest całe mnóstwo szczeniąt, na których ludzkie uniesienia zrobiłyby większe wrażenie. Jednak Vuko nie był jednym z nich. Tym co dość zgrabnie pozwoliło nam dojść do ładu i uwrażliwić go na mnie, był spokój.

Kalkulacja absolutnie prosta:

Jesteś świr – nie poświęcam Ci uwagi. Nie proszę, nie złoszczę się. Nie ciamkam i nie mruczę, mam Cię w tyłku, ochłoń. Jak opanujesz emocje, dostaniesz czego chcesz.”

W głowie mojego psa, bardzo szybko utworzyła się luka, przez którą zaczął mnie obserwować. Pojawiające się w nim emocje, przestały go odcinać, co pozwoliło na zauważenie moich odczuć i moich reakcji w stosunku do niego. To z kolei zaowocowało uwrażliwianiem na wzburzenia i radości. Nie wiedzieć kiedy, wizjer obserwacyjny wypełnił całe pole widzenia i już bardzo drobne gesty wystarczyły by wyrazić aprobatę, lub jej brak. Podmuch powietrza wokół mnie, przestał generować tornado, a wspólny rejs po oceanie spokoju, przestał być jedynie odległym marzeniem. Z psa betonu, zrobił mi się całkiem wrażliwy osobnik. Oczywiście w zależności od okoliczności i w zależności od interpretacji, ale na ogół to uroczy pan pies.

Chociaż tak dogłębniej analizując, myślę, że on jest tak trochę cwany. Przy drobnym pomruku z moich ust, przeprasza, że żyje żeby zmylić moją czujność. Jednak jeśli tylko zauważy, że to nie zmierza dalej, a on bardzo czegoś chce, spróbuje powtórzyć działanie, aż nie wytoczę z siebie bardziej wzburzonej armaty. 

Spacery bezsmyczowe 

Luźne spacery, to obszar, w którym emocjonalnie wyróżniam sobie trzy grupy:

1. Strach

Prawie nigdy nie spuszczam psa ze smyczy. Panicznie się tego boję, choć nigdy nie miałem ku temu powodu. Jest to dla mnie wielkie przeżycie i tym samym staje się dla mojego psa.

2. Racjonalizm

         a) Spuszczam mojego psa ze smyczy, mając go pod kontrolą, wiedząc, że środowisko jest bezpieczne. Nie jest to ani dla mnie, ani dla niego nic wielkiego. 

     b) Raczej nie spuszczam psa ze smyczy, bo nie umiemy jeszcze tego kontrolować, ale jeśli jest taka możliwość i środowisko temu sprzyja, to próbujemy. 

       c) Raczej nie spuszczam psa ze smyczy i nie chcę próbować, bo mam przykre doświadczenia, bo mój pies się w tym nie odnajduję, bo taki jest mój świadomy, racjonalny wybór

3. Egoizm i kompletny luz

Nie do końca kontroluję mojego psa, ale spuszczam go ze smyczy wszędzie, bo mam kompletny luz i w głębokim poważaniu całą resztę świata, której mogłoby to przeszkadzać. 

Żeby nikt mnie tu źle nie zrozumiał. Ja jestem ostatnią osobą, która będzie mówiła innym co mają robić, dopóki nie krzywdzą tym innych. Jeśli ktoś boi się zwierza puszczać, to absolutnie niech tego nie robi. Dla dobra człowieka, dla dobra swojego psa i dlatego, że może wybrać w ten sposób. Jednak zdarzyło mi się już spotkać wiele osób, które bardzo chciały móc spacerować z psem bez smyczy, a nie robiły tego właśnie ze strachu. Z powodu tego lęku, popełniały podstawowe błędy w nauce przywołania i psiego pilnowania człowieka. Po kilku nieudanych próbach, zamykały się w skorupkach, pozbawiając się przyjemności, której bardzo chcieli.

Myślę, że czymś co ułatwiłoby im pracę w tym temacie, byłoby właśnie opanowanie strachów. Cały szereg pomocy treningowych i metod, nie zdziała nic, jeśli przewodnik w chwili gdy tylko pies oddali się na dwa kroki, zacznie go gonić z przerażeniem, albo robić z całej procedury takiego spaceru wielkie halo. Jeśli w nas nie będzie to budziło ogromnych emocji, będzie czymś normalnym i naturalnym, dla psa również takie się stanie. Oczywiście są różne psy, różne historie i sytuacje, nie chce pakować tu wszystkich do jednego worka. Natomiast w większości zaobserwowanych wokół przypadków, za opanowanym przewodnikiem, szedł spokojny pies, dla którego odpięcie karabińczyka nie oznaczało wystrzelenia w emocjonalny kosmos.

Jeśli mamy taką możliwość, naprawdę warto ćwiczyć to ze szczeniakiem od samego początku. Mały glut ma do pewnego momentu, naturalnie zakorzenioną potrzebę podążania za człowiekiem. No i jest na tyle wolny, że jesteśmy w stanie go dogonić. To jest nasza przewaga, na załagodzenie wewnętrznych histerii i panik. Choć powtórzę raz jeszcze, jeśli nie czujemy się na siłach, dreptajmy sobie zawsze, spokojnie na smyczy dla bezpieczeństwa.

Codzienna samokontrola 

Te wszystkie miłe rzeczy, jak spokojne oczekiwanie na jedzenie, na windę, przepuszczanie w drzwiach, nie skakanie na gości i ludzi w ogóle. Te elementy, które sprawiają, że napotkane pod blokiem babcie, głaszczą nam psa i wzdychają, że taki grzeczny i w ogóle cud, bądź moim trzecim wnukiem.

Oczywiście dopóki nie okaże się, że nie podajecie łapy na hasło: łapa. To sprawia, że dostajecie +100 do głupoty i -100 do zajebistości, bo kto słyszał o prawdziwie wychowanym psie, który łapy dawać nie umie?

Powyższe, nad powyższym to są efekty psiego kontrolowania emocji i nauki zależności. W tej kwestii muszą opanowaniu towarzyszyć zarówno radość, jak i jej brak w przypadku niepożądanych zachowań. Natomiast te uczucia, bez dyrygentowskiego wsparcia, będą miały bardzo pod górkę. Emocje rodzą emocje i tam gdzie potrzeba ich skontrolowania, my sami musimy się tym wykazać. Spokojne i konsekwentne wymagać swojego, dobre wynagradzać, a tam gdzie chcielibyśmy braku ekscytacji, nie dawać psu do niej powodu, lub oczekiwać jej opanowania, zanim dostarczymy nagrodę.

Oczywiście jest to miecz obusieczny. Możecie przy jego pomocy, zrobić sobie taki smutek jaki ja sobie poczyniłam. Wiecie, wracacie do domu, a pies spokojnie przeciąga się na łóżku, czekając aż się rozbierzecie i zawołacie go na czułości. Jeśli trwa to zbyt długo, to zacznie marudzić, ale nie przywita Was raczej dzikim skokiem ekscytacji w progu drzwi. To pewnie jest wychowawczo dobre, ale mnie tam czasem smuci.

Razem z Vukowskim mamy jeszcze milion różnych rzeczy do opanowania, ale powoli robimy swoje.

• Strachy 

W tym przypadku mamy podobną sytuację, jak z chodzeniem bez smyczy. Weźmy takiego Vuko. Brak reakcji na strzały, na hałasy, na burze. Na to wszystko przy czym człowiekowi, w dobrej wierze, zdarza się samemu psa nakręcać.

Od małego klusko – gluta, gdy w naszym otoczeniu pojawiał się nieprzyjemny dźwięk, starałam zachowywać się zupełnie normalnie. Bez nadmiernego rozpuszczania się i zagłaskiwania, ale również bez strachu.

„Grzmi burza? Spoko, róbmy swoje. Leżysz spokojnie, to nie zacznę otaczać Cię paniczną troską. Masz coś dobrego w nagrodę. Bawimy się? To choć, bawmy się dalej” itd. itp

(przypominam w tym miejscu, że mówimy o psie, który nigdy nie miał lęków, w tym obszarze, a moim zadaniem było jedynie ich nie wytworzenie)

Oczywiście Vuko nie jest psem ze stali, głuchy też nie jest. Zdarzyło mu się zwrócić uwagę na trzaski, ale w takim przypadku, spokojnie odwracałam jego uwagę. Natomiast mam w nas doskonały przykład na to, jak ludzkie lęki i emocje mogą wygenerować w psie strach, którego on sam wcześniej nie miał.

Ostatnie siku przed snem, odbywamy zazwyczaj  późno w nocy. To oznacza pustki w okolicy i sprawia, że każdy dziwnie poruszający się krzak, jest potencjalnym skrytobójcą. W ciągu tych trzech lat razem, zdarzyło się kilka sytuacji, w których przeszedł mnie dreszcz od stóp, po czubek głowy, bo jakiś zakapturzony jegomość, wyskoczył mi nagle zza rogu. Przy każdej z tych sytuacji, Vuk pojawiał się przy mnie w ułamku sekundy. Wyczuwał ten strach  i przejmował go na siebie, robiąc się równie spięty, doskakując do mnie, liżąc i ewidentnie sprawdzając, czy wszystko jest z nami spoko. Za którymś razem zauważyłam, że to nie jest już tak, że on wędruje spokojnie, a gdy ja się zdenerwuję, to on również. Sam zaczął być znacznie bardziej wrażliwy na ludzi wyskakujących znienacka, z dziwnych miejsc, wybiegających na nas. Bardzo szybko to wyłapałam i odkręciłam, choć podejrzanego wzroku na zakapturzonych typów, w ciemnej nocy, nie mam zamiaru mu zabierać.

W każdym razie, to bardzo dobrze obrazuje, jak strach właściciela, jego panika i histeria, generuje takie same emocje u psów. Dlatego między innymi, tak często jesteśmy świadkami sytuacji, w których wściekły Fafik, ujada na każdego zbliżającego się psa, w akompaniamencie właścicielki, podnoszącej go na ręce i krzyczącej z 50 metrów, że to bydle na smyczy, powinno nosić kaganiec, bo zje mi moje maleństwo.

• Międzypsie relacje

Vuko jest samczym samcem, co zaznaczałam nie raz. Ma tendencję do tego, by nie dać sobie wejść na głowę. Ponadto z nieznanych mi przyczyn, wzbudza w mijanych, mniejszych psach nerwy, nawet wtedy, gdy ma nos wciśnięty w trawnik i zajmuje się swoimi sprawami. Swego czasu, mierzyliśmy się z dziwnym napływem bezsmyczowych agresorów, podbiegających do nas podczas treningów, podczas spacerów, podczas załatwiania psich potrzeb nawet się zdarzało. Przyciągaliśmy te małe zadki jak magnes. Kilkukrotnie były to sytuacje na tyle nieprzyjemne, że pies mój zaczął denerwować się większością takich spotkań. Nie pomagały nerwy, które rodziły się we mnie po kolejnym i kolejnym incydencie, podczas którego zdana byłam tylko na siebie. Jedną nogą odganiając agresora, ratując go przed samym sobą. Drugą nogą odsuwając Vukowskiego, podczas gdy pozostały właściciel jedynie biegał w kółko, bezskutecznie wypiskując imię Fafika.

Ponadto podczas jednego z treningów, przeżyliśmy spotkanie z pewną patologią, którą dla bezpieczeństwa mojego i mojego psa, musiałam zwalczyć równie patologicznie. Było bardzo dużo nerwów, bardzo dużo agresji słownej i choć odbiło się to przede wszystkim na mnie, podświadomie przeniosłam to również na Vukowskiego.

W pewnym momencie, każda potencjalna interakcja tego typu, generowała we mnie stres. Stres też przejmował bez wątpienia Vuko i wszystko się zapętlało. W końcu pacnęłam się mocno w głowę, popytałam mądrych ludzi i włączyłam tryb absolutnego zen. Przekierowywanie uwagi na mnie i maksymalne zlewanie agresora, lub stanowcza, ale bardzo spokojna prośba, o nie podejmowanie działań bez mojego zwolnienia. To wszystko, podbite przede wszystkim dozą zaufania do własnego psa i opanowaniem moich negatywnych emocji,  poskutkowało powrotem do normalności. Skupieniem na mnie w przypadku zaczepek z oddali i tak długo jak to możliwe, ignorowaniem treningowych, czy bezsmyczowych podbiegaczy.

Gdy ja przestałam się martwić i zaufałam, że Vuko podejmie odpowiednie decyzje, gdy nie byłam już chodzącą kulą napięć, mój pies też przestał. Spokój dał spokój. Skoro ja pokazuję całą sobą, że nic się nie dzieje wielkiego, to dla mojego psa jest to równie logiczne. Gratulacje kobieto! Odkryłaś prawdę objawioną! Oczywiście zdarza się, że wylezie z tego merle ciałka gen Sebixa, ale my sobie spokojnie, po cichu pracujemy i robimy swoje. Z możliwie największym spokojem wewnątrz, niczym dwójka mnichów Szaolin.

Radość

Dobra, dobra, gdy już przemaglowaliśmy dyrygenta, czas na moją ulubioną sekcję: smyczki. Bo tym właśnie jest dla mnie radość i wszelkie jej pochodne. Euforia, wzruszenie, miłość, spełnienie. To wszystko emocje, które hiperbolizuję, pochłaniam i wyrzucam z siebie bez skrupułów. Ta szufladka naszych uczuć, o ile damy jej odpowiednio wybrzmieć, jest najlepsza na świecie.

Czasem mamy to w sobie i wychodzi z nas naturalnie, czasem mamy, ale musimy na nowo otworzyć pewne zaworki, a czasem pozostaje urodzić ją w bólach i jakoś z siebie wydusić, ale ona jest przecież sednem całej relacji z psem. Nikt chyba, nie przygarnia ziomala po to, by uczynił nas smutnym.

Tym co sprawiło mi zaskakującą trudność, było dopasowanie ludzkiej radości, do radości mojego psa. Wydawałoby się, że to nic takiego, po prostu wybuchać emocją, której potrzeba, ale to nie jest prawda. Bo jak wspominałam w ostatnim wpisie o tu, z psem bawimy się w taki domek dla lalek, w jaki bawi się on. Z niektórymi będziemy piszczeć i skakać, z innymi uskuteczniać dzikie biegi i patatajania, a jeszcze inne, poważne pieseczki będą oczekiwały krótkiego, ale czytelnego: „dobrze”.

Gdzie w takim razie, proszę dyrygenta o totalną solówkę dla skrzypiec?:

• Nauka sztuczek

• Wypady zdjęciowe

• Treningi

generalnie wszystko to, co jest nadprogramowe w życiu psa i co ma być czystą przyjemnością dla niego i dla mnie.

• Poznawanie nowych sytuacji, miejsc, ludzi (choć tutaj oczywiście, pojawia się skrawek batuty, bo nie chcemy psa hiperrozemocjonowanego, przebodźcowanego i na totalnej fazie, tylko szczęśliwego, ale wyluzowanego.

• Czas dla nas. No jak kocham, to na zabój i tu nie ma miejsca na półśrodki. Masz psie moją miłość.

do tego cała masa zachwytów nad trawą, śniegiem, ciemnością, jasnością, miastem, lasem, wsią, światem. Absurdalna ekscytacja szkoleniowymi drobiazgami. Wesołe promowanie kreatywności, kombinatoryki, chęci do czegokolwiek.

Radość jest oczywiście wplatana również w strefę opanowania codzienności. To nie tak, że przy wymienionym wcześniej punkcie byłam stoicką, nudną bułą. Opanowanie służy mi głównie do „manipulacji” tymi niemiłymi emocjami. Dość powiedzieć, że swego czasu hasło „super” ciągnęło się za mną i było obiektem drobnych podśmiechujek wśród moich znajomych. Natomiast tam gdzie pies wykazywał nadmiar emocji, ja staram się to równoważyć i pochwały były znacznie spokojniejsze, choć równie radosne.

Frustracja

To była emocja, której bałam się fanatycznie podczas treningów, nauki, czy wprowadzania nowych aktywności. Unikałam jej, byle tylko nie zasmucić pieseczka, byle tylko widział tęcze i biegające po niej jednorożce. Trzeba się cieszyć, trzeba chwalić, trzeba szukać winy w sobie.

„Gdybym robiła coś lepiej, to psu byłoby łatwiej. Bla, bla, bla(…)”. Uśmiech klauna na twarz i dajesz kobieto.

Większość naszego wspólnego życia, nie musiałam udawać, że tej frustracji nie było, bo naprawdę jej nie doświadczałam. Umiałam przekierować ją w odpowiedni sposób, odgonić i zapomnieć.

Aż do razu pewnego, gdy zawisła nad nami tak złowieszczo i mocno, że tylko ślepy by nie zauważył. Nakładałam radosną minę i myślałam, że to jest w porządku, że pies widzi na mojej twarzy wesoły uśmiech, bo ja przecież się szczerzę od ucha do ucha. No szczerzę się prawda? W tamtym czasie, myślałam, że tak. Jednak podskórnie, tak zupełnie wewnątrz, w trzewiach, trzymałam każdy raz, w którym normalnie tupnęłabym nóżką. Te tupnięcia kumulowały się w środku, aż zebrały pokaźną armię tuptaczy i w końcu odpaliły we wspólnym rytmie.

Chciałabym móc powiedzieć, że brzmiało to jak energiczny tłum w „We will rock You”, ale w rzeczywistości było to raczej raczej chóralne i jednogłośne „Znowu w życiu mi nie wyszło”, które wypłynęło ze mnie w akompaniamencie publicznej łzy. I wiecie co? Kurde, jak ja tego potrzebowałam. Tupnęłam girą (nie na psa, tylko na siebie, mentalnie), wróciłam do domu. Przemyślałam temat. Wyjęłam z tyłka gigantyczny kij, a potem było flow.

Mamy prawo być niezadowoleni z tego, że coś nam nie wychodzi. Mamy prawo być niezadowoleni z tego, że coś nie wychodzi naszemu psu. Cholera, mamy prawo nie udawać przed samym sobą, że wszystko jest tak jakbyśmy chcieli. Jedyną nieakceptowalną dla mnie rzeczą, jest wyładowywanie tej frustracji na psie. Tego nie znoszę i nie toleruję. To jest nasz problem, to jest nasza emocja i to my musimy znaleźć sposób na to, żeby sobie z nią poradzić. Nie oznacza to, że mamy udawać, że jest ok, wtedy gdy nie jest. Nie oznacza, że mamy przestać wymagać, oznacza jedynie, że warto tę emocję obejść. Opanować ją, lub przekształcić w coś innego. W te dni, gdy coś uparcie nie wychodzi, zamiast tuptać ze smutkiem, uparcie wałkując to samo, chwyćmy się czegoś co co uwielbiamy i kochamy. A jeśli i to szwankuje, spakujmy manatki i lećmy korzystać wspólnie z uroków matki natury, pakując w miejsce frustracji – miłość. No czy ta idylliczna wizja nie jest urocza?

Nie rozwijam tutaj kwestii psów „zawodowo” sportowych, pod opieką mistrzów świata, w ogóle tego nie tykam, za wysokie progi na moje nogi. Mówię tu o zabawie w sporty, bez ambicji arcymaga lvl 80 dysków, tyczek, czy czegokolwiek. Całą emocję rozkminiam pod kątem kogoś, kto uskutecznia te wszystkie pląsy totalnie for fun. 

Rozgniewanie (pod batutą Pana Opanowania!)

czyli ostatnia emocja na dzisiaj 

Są różne psy, z różną wrażliwością i do każdego będziemy podchodzić inaczej. Będą takie, którym wystarczy pokazać drogę i zasmucić się na twarzy, by nie próbowały zbytnio sprawdzać naszych granic. Choćby podniesienie głosu, odbije się wielkim smutkiem, być może na długo naruszy ich zaufanie do nas, w przypadku psów lękowych. Są też takie, i szczeniak Vuko do nich należał, które szukają odpowiedzi na to, jak bardzo jesteśmy konsekwentni. Uskuteczniają podchody, sprawdzające naszą stanowczość, czy to kto w domu ma ostatnie zdanie. Zachowując się absolutnie nieodpowiednio, kompletnie zignorują nasze suche „nie wolno”, a tym bardziej nasze piski i ciamkanie, szczególnie gdy będą to sytuacje, w których ich emocje przyćmią im cały mózg. W stosunku do takiego szczeniaka, który miał głęboko w czterech literach wszelkie inne próby komunikacji, zdarzyło mi się zagrzmieć i to były emocje, które wtedy, w tym odpowiednim momencie,  połączone z opanowaniem, dały wymierny skutek i były nam potrzebne. W dorosłej wersji mojego psa, gromy zarezerwowane są już na sytuacje wyjątkowe. Zmiękły mu jajca i serduszko obrosło puchem, ale czasem wyjdzie z tyłu merle głowy mały chochlik, szepczący do ucha: „hej stary, a może by tak przegiąć pałkę”. I wtedy wchodzę ja, cała na biało i ukracam te niecne myśli.

Wiecie, to trochę jak z takim stoickim ojcem, który bardzo długo przygląda się Waszym poczynaniom i spokojnie prosi, upomina, ale jak przesadzicie, to wstaje z fotela i zabija wzrokiem. Największy kozak na dzielni zrozumie, żeby nie przekraczać pewnej granicy, nauczy się ją respektować i odczytywać  z drobnego uniesienia brwi, ale musi się najpierw dowiedzieć, że ojciec ten jest wstanie w ogóle się z fotela odkleić i wydobyć z siebie coś więcej niż chłodne: „jestem niezadowolony z Twoich poczynań”.

•••

Nasze głowy wypełnione są całą masą innych emocji i pochodnymi, pochodnych tychże. Do tego należy dołożyć zmienną pod postacią autonomicznego psa i mnogości ludzkich charakterów. Wszystkie historie, wzloty i upadki, a gdyby zastanowić się nad każdym z nich, to życia by nie starczyło. To co zawarłam tutaj jest odbiciem, które widzę w lustrze mojego psa, złożonym z naszych opowieści. Tematu absolutnie nie wyczerpałam, ale zdecydowanie wyczerpałam limit czasu, jaki nawet bardzo życzliwy czytelnik jest w stanie poświęcić na wpis. Być może, jak pozbieram kolejne emocje w odpowiednie szufladki, pojawi się na ich temat kolejny wywód. Tymczasem zachęcam Was, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, do przypatrzenia się w Wasze własne odbicia i przeanalizowania tego co widzicie przed sobą. Być może moje dywagacje pomogą Wam dostrzec coś co przeoczyliście. Być może dawno już obejrzeliście się ze wszystkich stron, a w końcu, być może nie znajdziecie w naszych odbiciach nic wspólnego. Cokolwiek wyniknie z tych obserwacji, życzę Wam i sobie, aby psie lustra odbijały nam jak najwięcej pozytywnych refleksów.

 

 

 

 

 

 

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Opanowujemy emocje

  1. Aaaaahhhhhh, uwielbiam Cię! ❤
    Całkowicie szczerze i bezinteresownie (no może prawie 😉 )!
    Dla mnie ważną kwestią jest jeszcze płynne zmienianie emocji, sposobu ich stosowania i nasilenia. W domu lub w gościach, na niewymagających spacerach i na treningu jestem w stanie jedną postawą i słowem sprawić, że Bet wie, że zrobił coś źle.
    Jednak kiedy dochodzi do relacji pies-pies, jest dużo trudniej. Wtedy zakładają mu się klapki na oczy i staje się strasznym betonem.
    Dużo do myślenia dał mi tekst dziewczyny o stosowaniu OE w pasieniu. Ani na jednym, ani na drugim się nie znam, ale zdecydowanie warto było go przeczytać.
    Przytoczyła tam ciekawą myśl, a mianowicie o systemie pies miękki na przewodnika, twardy na owce. I opowiedziała o tym, że jej suka traktowała kij pasterski jako kolejny bodziec, który powinna zwalczać. Bo w końcu przy owcach jest wiele rzeczy, które pies musi ignorować. Ale na szczęście po pewnym czasie dotarło do niej, że kij jest przedłużeniem przewodnika.
    Wydaje mi się, że przy niektórych, bardziej wymagających emocjonalnie kontaktach pies-pies, Beethoven zamyka się na mnie, żeby oszczędzić sobie i tak zbędnych bodźców. Zobaczymy co z tego mojego rozmyślania wyjdzie, ale myślę że to jakiś trop.
    Pozdrawiam serdecznie całą familię, tęsknię! ❤️

    Polubienie

    1. Zdecydowanie płynna zmiana emocji to jest to ❤ O OE w pasieniu chyba czytałam. To jest ciekawa sprawa, ale we wpisie chciałam się skupić na emocjach człowieka i na codziennym życiu. Wejście w temat emocji psa w sporcie, czy w pracy to jest już kosmicznie rozległa dziedzina. Szczególnie, że każdy ma inną definicję twardego/miękkiego psa i inne oczekiwania względem psich uczuć. Aczkolwiek zamknięcie się psa na pewne bodźce, może być ciekawym polem do rozkmin. Też tęsknimy i pozdrawiamy ❤

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s