Krótka historia: skarby na gruzowisku oczekiwań

ps1 ok ryn2_0001_TłoKolejna opowieść dokumentalno – fabularna z życia wzięta.

•••

Złe dobrego początki i samochód wypchany oczekiwaniami

Godzina 4:00 rano, początek września, do wypchanego po brzegi samochodu, próbuje wcisnąć się dwójka ludzi i ponad 20 kg psa. Należałoby tu z całą stanowczością nadmienić, że o dziwo, tak przeogromna zawartość pojazdu wcale nie należała do żadnego z tej trójki, ale psia walizeczka, klatka, kolejna walizeczka i jeszcze ze dwie siatki z Lidla skutecznie utrudniły zapakowanie po jednym ludzkim plecaku w cały ten majdan.

Tak swoją drogą, stosunek pojemnościowy zabieranego ze sobą bagażu do przybywających lat to całkiem ciekawa sprawa. Przypomnijcie sobie gdy jako małe berbecie wyjeżdżaliście z rodzicami na wakacje. Zupełnie nie rozumieliście z czego wynika grymas na twarzy umęczonego dźwiganiem taty i bezustanna troska mamy, która pół drogi spędziła zastanawiając się czego mogła jeszcze zapomnieć, gdy już zakończyli zabawę w bagażowego tetrisa. Na plecach mieliście Wasze urocze plecaczki o pojemności jednego pluszowego misia, z tymże w środku i uznawaliście, że przecież nic więcej Wam nie jest potrzebne, a jeśli nagle czegoś zabraknie to mama to wyczaruje. Skoro potrafi wyjąć z torebki gumkę do włosów, pół apteczki i wiertarkę w środku lasu to w zasadzie czego ona nie może?

Proporcjonalnie do przybywających lat i ubywającej obecności rodzicielki podczas wyjazdów, ilość bagażu, który ze sobą zabieraliście prawdopodobnie rosła, przeżywając po drodze drobne załamanie w punkcie, w którym co się nie znajdzie to się pożyczy, a mamine obiadki w słoiku na cały tydzień zastąpiły zupki chińskie z obozowego sklepiku i dwie skrzynki piwa, opcjonalnie płyn do mycia…wszystkiego i ubrania na dwa dni, które w tymże się upierze. Ostatecznie jednak, bagażowy krąg zatacza koło i nagle, nie wiedzieć czemu to wy dźwigacie ze sobą pół domu wszystkiego co koniecznie się przyda i koniecznie będzie absolutnie niezbędne dla Waszych ludzkich lub nieludzkich latorośli. Wracając jednak

Nasza drużyna pierścienia wyruszająca w czeluście Mordoru, w składzie mężczyzna, sztuk jeden, kobieta, sztuk jeden i włochaty pies, sztuk jeden  postanowiła skorzystać ze spontanicznej okazji wyjazdu na drugi koniec, a w zasadzie czubek kraju i spędzić ze sobą miły weekend. Mężczyznasztukjeden, miał przy tej okazji do wykonania szereg różnych misji pobocznych, ale kobieta chciała po prostu odpocząć z psem. Wyluzować, nic nie robić, spacerować po krzakach mniejszych i większych, może zmoczyć stopę w jakimiś jeziorku i ponarzekać na kleszcze. Jechali przecież do krainy tysiąca jezior, porośniętą trawą i opromienioną słońcem. Nawet gdyby mieli tylko chodzić w kółko przez trzy dni to byłaby szczęśliwa. Co mogło tu pójść nie tak?

Wiecie jak to jest z oczekiwaniami prawda? Nie wiecie? To ja wam powiem, to są wredne, złowieszcze, okrutne mendy, które tylko czyhają w zakamarkach głowy żeby tworzyć Wam te głupie wyobrażenia wszystkiego wokół. Niczym pryszczate trolle zacierają łapska i gdy tylko nadarzy się okazja, już człapią na włochatych stopach prosto do mózgu siać ferment. Myśli sobie człowiek, że już coraz straszy się robi, że już dawno nauczył się żeby nie oczekiwać. Dawać z siebie jak najwięcej, marzyć, dążyć i drążyć, ale nie oczekiwać. Wymagać możemy od siebie, nie od świata. Z rzadka jest tak, że coś naszym tak pieczołowicie nabudowanym oczekiwaniom sprosta, a jak miło i przyjemnie jest gdy nie oczekujemy zbyt wiele i pozytywnie się zaskoczymy?

No i ja przecież taka mądra i świadoma wszystkich tych spraw przemierzałam sobie wesoło kolejne kilometry autostrad, wcale nie wyobrażając sobie spokojnego domku nad jeziorem. Wcale nie myślałam o uroczym pomoście, z którego będzie można popatrzeć na zachód słońca, słuchając rechotu żab w tle. Moje wizje były bardzo skromne. Drewniana chatka, niech się nawet sypie i niech ją zjadają korniki, ale żeby blisko natury. Niech będzie żywcem wyjęta z PRL-u, z chęcią usiądę z kawunią na tarasie i przypomnę sobie obozy z dzieciństwa. Z każdą niedogodnością dam sobie radę byle w naszym uroczym domu nad jeziorem…wcale, a wcale nie siałam idealnej wizji, nic a nic. No przecież chciałam tylko skromną chatkę, szałas wręcz!

Tutaj moglibyście się zastanowić dlaczego nie wiedziałam jak będzie wyglądało miejsce, do którego jadę? Mogłabym się tutaj rozwodzić bardzo długo nad całą złożonością tego wyjazdu, ale powiedzmy po prostu, że razem z panem psem robiliśmy za swego rodzaju nadbagaż dla Mężczyznysztukjeden. Mieliśmy korzystać z uroków natury, podczas gdy on wykonywałby swoje misje główne zaplanowane na cały ten wyjazd. Miejcie to na uwadze w dalszej części wpisu, gdyż ma to istotny wpływ na przebieg wydarzeń.

Wracając na tor główny całej historii. Jedziemy, Mężczyznasztukjeden, ja i pan pies. Wizje w głowie się rozbudowują, jezioro wokół naszego szałasu nabiera kolorów turkusu, żabia orkiestra zaczyna już komponować całe etiudy, a słońce niczym Claude Monet maluje impresje na tafli wody. Po wielu kilometrach spędzonych w absurdalnych pozycjach niczym najwyższej klasy jogin, paladyn lvl 80 samochodowych wygibasów -zasypiam. Wybudza mnie krótkie: „jesteśmy na miejscu”. Otwieram oczy, zrywam się, przyklejam twarz do szyby i powoli, powoli słyszę jak uroczy rechot żab znika gdzieś w oddali, jak woda szarzeje, a słońce wali na oślep południową spiekotą. Samochód telepie się po brukowej drodze, a serduszko trzyma się ostatnimi strzępkami nadziei, że gdzieś pośród tego co widzę uchował się chociaż skrawek mojej idyllicznej wizji.

Niedoczekanie głupia kobieto

Mówi się, że to co dla jednym śmieciem, dla innych skarbem i och jakże wiele jest w tym prawdy. Pomyślcie przez chwilę, że jesteście zapalonym żeglarzem. Takim bosmanem z krwi i kości, choć nie chwila, wystarczy, że lubicie pływać łódką. Tak, wiosła i lódka, a nawet kurde krzesło i wędka. To wystarczy. Jeśli jakkolwiek interesujecie się połączeniem wody, lin i kilku zbitych desek to co malowało się przed moimi oczami byłoby dla Was rajem na ziemi. Każdy centymetr linii brzegowej zagospodarowany w ramach portu. Co dwa kroki klimatyczna knajpa z milionem tobie podobnych fanów pływania. Po horyzont…żagli i małych domków dla małych obozowiczów. Grill, ognisko, ławki w klimacie, a zaraz obok malutka mieścinka z knajpą w kształcie statku i urokliwą promenadą – oczywiście odpowiednio zabezpieczoną tak, że trudno było z niej wpaść do wody. Każdy możliwy pomost na najwyższym poziomie przystosowania do przycumowania łodzi. Idylla

To co ujrzały natomiast moje nieżeglarskie oczy to: Każdy centymetr linii brzegowej, w której mogłabym spróbować potaplać się z psem zawalony żaglami. Co dwa kroki głośna knajpa z rozwrzeszczanymi ludźmi, do której nie można wchodzić z włochatym. Bruk, beton, bruk, beton, trochę piasku, bruk i beton. Nieklimatyczne domki bez czajnika na moją wymarzoną kawunię o poranku i bez lodówki. Zaraz obok malutka mieścinka, w której absolutnie nie było gdzie udać się z psem, z promenadą tak zadrutowaną, że jakiekolwiek wejścia nie wchodziły w grę. Oczywiście każdy pomost zajęty przez łodzie, lub koneserów trunków wszelakich. Mordor

To miejsce było absolutnie fantastyczne i absolutnie tragiczne zarazem. Gdybym przyjechała tu w celu zażywania morskich przygód to nie znalazłabym chyba lepszego miejsca na ziemi i wszystkim zapalonym wilkom morskim polecam całym sercem. Jam jednak zwykły szczur lądowy, który pływać w pław to mógłby dzień cały, a i urokliwa łódka lub kajak, pies i zachód słońca to bardzo chętnie, ale takie natężenie morskich opowieści jednak mnie przerasta.

Pękająca bańka 

Dotarliśmy. Nie było tak jak oczekiwałam, ale założyłam sobie, że się nie poddam, że przyjechałam tu nic nie robić i ja wezmę i znajdę miejsce na swoje nic nierobienie. Jako bagaż nadprogramowy nie wypadało mi też narzekać, grzecznie więc zacisnęłam zęby marząc o ciepłej strawie i wygodnym łóżeczku do odespania. Po godzinnej próbie odnalezienia konkretnego domku, z tym konkretnym wyśnionym łóżkiem, po kolejnej godzinie poszukiwania konkretnego człowieka, z tym konkretnym kluczem rozpoczęliśmy proces rozładowywania całego dobytku. Gdy zaczęłam powoli, delikatnie cieszyć się z drobnego przebłysku dobra pod postacią obdartego hamaku, rozpakowanego samochodu i radośnie pląsającego psa, nad moją pozorną krainę szczęśliwości nadszedł huragan o wdzięcznym imieniu: „To nie jest domek, w którym będziecie spać, musicie udać się do kolejnej niewiadomej osoby, znajdującej się w kolejnym niewiadomym miejscu i odebrać od niej klucz, który znajduje się nie wiemy gdzie. Ty Mężczyznosztukjeden musisz już zacząć swoje misje główne, a ty Nadbagażu jakoś przeżyj”

No więc wyruszałam sama przeżyć. Zapatrzona jedynie w dobytek nabiodorowy i psa, z zapasami zostawionymi w samochodzie. Nadal bez ustalonego miejsca do spania, bez wody, jedzenia, głodna, niewyspana i strapiona tym, że dokładnie to samo odczuwa mój ziombal na drugim końcu smyczy, z tym, że on nawet nie wie gdzie jest i co on właściwie tutaj robi. Choć z drugiej strony, w tym momencie to ja też tego nie wiedziałam. Postanowiłam zrobić rekonesans. Najpierw zwiedziłam nabrzeże w okolicy miejsca, w którym tak niewiele brakowało bym już uroczo pochrapywała. Beton, beton, łódki, beton. No nic, pies się nie zamoczy, a gorąco jak w piekle. Później moją uwagę przykuła wspomniana wcześniej urokliwa promenada. Rowerzyści, rowerzyści, piesi, rowerzyści, no nic, pies będzie szedł na smyczy. Ostatecznie głód i pragnienie przyprowadziły nas do „centrum” całej mieścinki. Zakaz wstępu z psem, zakaz wejścia dla psów, zakaz, zakaz, zakaz. No nic, pies nie zje i nie wypije, ja też. Nie przywiążę go przed sklepem, a już na pewno nie w jakimś obcym miejscu. Usiadłam na ławce. Minęło nas dwóch chłopców mówiąc, że fajnego mam psa – och drobne pozytywy w tym okrutnym świecie. Jeszcze miałam w sobie jakiekolwiek strzępki sił, gdy zza krzaka zaczął maszerować w naszym kierunku całkiem spory, bezpański pies. Możliwie szybkim i możliwie mało-gwałtownym krokiem próbowałam wydostać się jak najdalej nie prowokując niebezpiecznych sytuacji. Pies idzie za nami. Nie wygląda zbyt przyjaźnie, mój krok jest coraz mniej powolny i coraz bardziej gwałtowny, biegnę – pies odpuszcza. Znów siadam na ławce, pękam.

Parówka na końcu tunelu i rycerze na białym koniu

Czuję się tak strasznie bez miejsca, nieswojo, ale patrzę na mojego włochatego obok i wiem, że nie mogę mu tu paść na bezsilność, że to zmęczenie, słońce, głód przeze mnie przemawia, a wiedzieć trzeba, że głodna zamieniam się w potworną bestię z czeluści piekieł. Uznałam, że siedzieć bezczynnie nie będę, idziemy pod sklep i coś się wymyśli. Stoję przed wejściem: „przeprosić, wytłumaczyć i wejść z psem, czy umrzeć z głodu i pragnienia” – walczę ze sobą widząc jak złowieszczo patrzy na mnie wielka tablica z przekreślonym psem na drzwiach. Gdy nagle świat spowija jasność, chmury rozchodzą się, a zza nich już niemalże słychać chóry anielskie, albowiem w kierunku mojego źródła artykułów pierwszej potrzeby zmierzają spotkani wcześniej chłopcy, a w mojej głowie pojawia się myśl przebiegła. Krokiem dumnym ze swego pomysłu, jednocześnie niepewnym tego jak do małych ziombali w zasadzie zagadać, podchodzę i mówię:

„Hej chłopaki, mam ogromną prośbę, nie mogę wejść z psem do środka, a potrzebowałabym choćby butelkę wody i jakieś parówki dla włochatego. Macie dychę, kupcie cokolwiek, a resztę weźcie dla siebie, pliska”.

Chłopaki lekko zdziwione, ale na propozycję przystali. Po chwili wrócili z siatką wypełnioną zapasem parówek, który wykarmiłby armię przez tydzień, albo i dwa. Pytam:

„Starczyło na tyle wałówy?!”, słyszę: „Tak proszę Pani” (w tym miejscu cichutko pochlipuję nad moją metryką).

Wymiziali psa i odeszli w siną dal – moi wybawcy, moi mali – wielcy wybawiciele na białym koniu. Patrzę na paragon i widzę, że wydali na te parówki i wodę wszystko co dostali. Rzucam tylko pod nosem, że teraz to ta młodzież jakaś niesamowicie porządna. Myślałam, że chociaż po rożku, albo rurce z kremem sobie kupią, kaman! Łapią mnie wyrzuty sumienia, że tak bez niczego postanowili mnie uratować, ale biorę ten przebłysk z niebios wręcz zesłany, za dobry omen i udaję się w kierunku ławki, na której wcześniej tak trochę pękłam.

Siadamy, pies i ja. Każdy ze swoja parówką, patrzymy na taflę jeziora. I wiecie co? Jest dobrze, nie najlepiej, nie tak jakbym chciała, ale jest dobrze. W końcu wraca Meżczyznasztukjeden i całą trójką docieramy do nieidealnego domku. Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście, odsypiamy. Wieczorem witają mnie kolejne chóry anielskie sztuk…kilka, które dzięki błogosławieństwu mediów społecznościowych, orientują się gdzie jesteśmy i wskazują kierunki, w których warto udać się dnia następnego. Jeśli którakolwiek z tych osób to teraz czyta: dziękuję, całym sercem dziękuję Wam dobrzy ludzie. Idziemy na wieczorny spacer i rekonesans numer dwa, odkrywamy pierwsze miejsce na przyszłą wizytę, zasypiam z myślą, że choć nie znajduje tu tego czego szukałam, być może znajdę coś innego.

Następne dni to już nie beton, żagle i słońce. To odkryta gdzieś za krzakiem plaża zdatna do kąpieli, w której radośnie moczymy nasze kończy, a pan pies odkrywa radość płynącą ze skoków z pomostu. To kolejny odwiedzony las, do naszej kolekcji odwiedzonych lasów, to kolejne absolutnie przepiękne pole żółcią spowite i odkryta chatka Muminków na wzgórzu. To spokojny spacer wokół centrum i krótkie rozmowy z napotkanymi po drodze ludźmi. To chwila odpoczynku tuż przed zmrokiem i oglądanie kaczek. To czytanie i wylegiwanie się w łóżku to…spokój, którego potrzebowałam.

DSC_4280_0001_Tłox

Swoją drogą, gdybyście się zastanawiali jak bardzo moja głowa jest już spaczona to powiem wam. Wyjechałam 600 km od domu i jedyne zdjęcia jakie zrobiłam mojemu psu powstały na uwaga: polu, tak polu. Jakbym miała mało pól wokół swojego miasta i jakbym wcale nie robiła tam co drugiego zdjęcia, ale nieważne.

Przenieśmy się do ostatniego wieczoru. Otwieram drzwi, co by komary nażarły się jeszcze bardziej, wszystko mi już jedno i tak to ja zostałam wybrana ich ofiarą podczas tego wyjazdu. Wychodzę przed domek i nasłuchuję. Pojawia się żabia orkiestra. Nie taka o jakiej myślałam, ale i tak grają całkiem przyjemnie. Słyszę ludzi, ich rozmowy nie przypominają już szalonego jazgotu, który mnie przywitał. To raczej głosy pełne życia i radości. Czuję jeszcze delikatny zapach resztek lata. Orientuję się, że być może nie siedzę na tarasie z kawunią, ale że pies leży na tym co można by tarasem nazwać gdzieś obok mnie. Uświadamiam sobie, że nie wybiegał jak szalony przy każdym otwarciu drzwi, że spokojnie towarzyszył w każdej czynności, którą mu zaproponowałam, że potrafił usiąść i odpocząć, że pięknie panował nad emocjami i, że był absolutnie cudownym i bezproblemowym towarzyszem w każdym zakamarku, do którego się udaliśmy. W całym tym pękaniu, które odbywało się w mojej głowie, on ani na chwilę nie dołożył do tego swojej cegiełki. Nie sądziłam nawet, że mogłabym to tutaj znaleźć, a jednak gdy siedziałam na plastikowym krześle ogrodowym, nie popijając kawusi, a na moich stopach zalegała zadowolona włochata głowa, dotarło do mnie, że czegokolwiek bym szukała w tym miejscu, nie byłoby to lepsze niż TO i ostatecznie z taką myślą wracałam następnego dnia.

KŁAK!

Do domu dotarliśmy cali i zdrowi. Gdy Mężczyznasztukjeden kładł się już powoli spać, a pies, sztuk jeden dawno wywalił brzuch do góry, ja zgodnie z zobowiązaniem wyruszyłam na trudną misję nocnego oczyszczania nieswojego samochodu z psiej obecności. Walczyłam z niewspółpracującą rurą od odkurzacza, prawdopodobnie budząc chęć mordu w całym osiedlu. Szorowałam, odkurzałam, szorowałam, odkurzałam aż się spociłam. Spojrzałam na dzieło rąk swoich i uznałam, że było ono dobre. Postanowiłam jednak, że może być ono lepsze. Umyłam szyby od zewnątrz. Meh, może być lepiej, umyłam szyby od wewnątrz, meh, wyprałam tapicerkę. Meh, a co mi tam i tak już tu jestem, pojechałam na myjnię. Wyszorowałam samochód, szyby, opony, każdy centymetr pojazdu został pozbawiony brudu, którego w zasadzie nie wyprodukowałam, ale niech będzie ładnie i pachnąco. Nazajutrz po pracy Mężczyznasztukjeden powitał mnie mówiąc, że odbiorca samochodu był niepocieszony, albowiem odnalazł w swoim pojeździe kłak jeden, czy dwa. Menda zasrana, głupia jedna, niech ja go znajdę zaraz to mu tym kła….nie, skoro on nie potrafi dostrzec więcej niż ten jeden włos to trudno. 

Oczywiście znajdą się tacy, którzy powiedzą, że źle posprzątałam i kiepska ze mnie gospodyni…samochodowa. Być może tak, a być może kłak wam w oko.

Wracając jednak do myśli kierującej tym wszystkim.

Nie wiem czy odnalazłam w stercie gruzu kawałek diamentu, czy spoglądając na ten gruz pod innym kątem, zobaczyłam w nim coś zupełnie nowego, czym z pozoru było. Wiem jednak, że gdybym wtedy, na tej ławce postanowiła zasypać się kamieniami nic bym już spod nich nie dojrzała, choć byłoby na wyciągniecie ręki. Jeden kłak mi oczu nie przesłoni.

•••

Wpis jest bardzo, bardzo, bardzo długi, tym bardziej każdemu kto dotrwał aż tutaj życzę jak najmniej złowieszczych kłaków w życiu i dziękuję za wytrwałość. Jeśli masz ochotę wrzuć w komentarzu tutaj lub na fp słowo „kłak” żebym wiedziała ilu z Was wycałować 😛

 

Reklamy

7 uwag do wpisu “Krótka historia: skarby na gruzowisku oczekiwań

  1. Czytałam jak zaczarowana. Nie mam pojęcia szczerze mówiąc czy był długi, bo przepadałam w treści bez pamięci. Moja droga, życie nie bajka, dobrze o tym obie wiemy. Ale najważniejsze jest to, żeby w pochmurny dzień, kiedy wszystko się sypie, usiąść na chwilę i uśmiechnąć się. Dlatego bo jutro też jest dzień 🙂

    Polubienie

  2. koonik

    kłaczek 😉
    mazury kocham całym swoim żeglarskim serduszkiem, ale na wypoczynek stacjonarny to chyba slabo się jednak nadają 🙂
    cieszę się że jednak udalo Ci się odnaleźć troche radości

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s