Błędy wieku szczenięcego

3a.jpg

Chodźcie, bierzcie i korzystajcie z tego wszyscy, bowiem mądrość dla siebie, z głupot innych dobrze jest wyciągać.

W moim życiu obowiązuje kilka żelaznych zasad, które kroczą za mną wesoło. Jedna z nich zawsze wtedy gdy potknę się o sznurowadło i klnę na cały świat, przypomina mi o tym, że teraz mogę już tylko je zawiązać, wstać i nie robić tego więcej. Często okazuje się, że drobna wywrotka uchroniła mnie przed większą wywrotką, albo doprowadziła na miejsce znacznie ciekawsze niż to gdzie pierwotnie zmierzałam. Nie inaczej jest w przypadku życia z psem, dlatego z perspektywy czasu wiele błędów, które popełniłam, uznaję za doświadczenie wartościowe, uczące mnie czegoś, o co w innym przypadku nawet nie myślałabym pytać. Są jednak takie kwestie, dla których nie mam litości i które są jak kamienie w bucie i nawet nie próbuję szukać w nich wielkich metafor. Trzeba było ich tam nie wkładać, a teraz pozostaje jedynie próbować wyjąć.

1. Odpoczynek poza domem

Jeśli jest coś o czym usłyszycie decydując się posiadania psa rasy użytkowej, z pewnością będzie to: „musisz nauczyć go odpoczywać, bo rozniesie Ci dom”. No cóż, ja wzięłam sobie to mocno do serca i bardzo skrupulatnie nad tym pracowałam. Efektem tego jest pies, który jeśli akurat czegoś nie robimy, to po prostu śpi. Potrafi tydzień przeżyć na krótkich spacerach, gdy umieram pośród sterty zasmarkanych chusteczek i niespecjalnie nad tym ubolewa. Podczas wyjazdów mogę go z lekkim sercem zostawić samego w pokoju, wiedząc, że po prostu odsapnie, klapnie gdzieś kącie, albo na kanapie i zajmie się bieganiem przez sen. Socjalizacja też przebiegła całkiem pomyślnie. Absolutnie bezproblemowo mogę włożyć Vukowskiego w każde miejsce i w każdą sytuację i nie będzie to dla niego życiowym koszmarem i męką. Centrum miasta? Luz. Dworzec kolejowy? Matka, z czym do ludzi. Centrum handlowe, ruchliwa ulica, ciasne tunele, dziwne miejsca, kładki, mosty, ciemności, jasności, woda, piasek, gruz? Super.

Ale już usiąść na dupie i nie robić tam nic przez pięć minut? Niewykonalne. 

Wiem, w którym miejscu popełniłam błąd. Podczas pokazywania szczeniakowi świata, byłam tak zaaferowana tym, żeby ten świat mu się spodobał, że zupełnie zapomniałam o tym, że czasem fajnie jest przystanąć i po prostu go poobserwować. Bardzo rzadko gdzieś siedzieliśmy. Zazwyczaj spacerowaliśmy, coś tam ćwiczyliśmy. Ciotki i wujkowie obdarzali Vuka ciągłą uwagą. Teraz gdybym mogła, rozegrałabym to inaczej i od jakiegoś czasu świadomie nad tym pracuję, co przynosi jakieś tam efekty. Babol mój bezproblemowo zasypia już u dziadków, u których wcześniej nie był w stanie wysiedzieć rozsadzany emocjami. Zdarza mu się nawet poleżeć na piasku nad jeziorem, zamiast męczyć bułę o bezustanny aport. Robimy po prostu to co trzeba było zrobić dawno temu. Czekam na ten dzień, w którym Vuko najzwyczajniej w świecie przyśnie gdzieś w terenie i z podziwem oglądam szczeniaki, które już dawno mają to opanowane.

2. Ciągnięcie na smyczy

To jest chyba najbardziej klasyczny, ze wszystkich klasycznych błędów wychowawczych. Żenujące jest tylko to, że naczytałam, nasłuchałam i naoglądałam się o tym zanim Vuko do mnie trafił tyle, że trudno byłoby to zliczyć. Ja wiedziałam o tym wszystko. Byłam totalnym ekspertem. A potem jak przyszło co do czego, to zawaliłam na całej linii. „A bo w sumie tylko ciągnie jak idziemy poćwiczyć”, „a bo nie jest tak źle(hm…no bo może waży jeszcze 10kg, nie 22kg), „a bo coś tam srośtam”. Zawsze coś było. Sprawy nie ułatwiało to, że dobrze znana metoda z zatrzymywaniem się i czekaniem na psa, nic nie dawała. I to nie tak, że spróbowałam dwa razy. Robiłam to dość systematycznie, ale i tak nie przynosiło efektów. Z czasem, gdy wypracowaliśmy całkiem miłe panowanie nad emocjami, ciągniecie smyczy ograniczało się do sytuacji bardzo pobudzających i to jeszcze bardziej pomogło w bagatelizacji problemu. Jednak cały czas miałam z tyłu głowy, że trzeba ten temat w końcu ogarnąć. Dość systematycznie przypominało mi o tym moje kolano, które nie raz, nie dwa oberwało nagłym pociągnięciem. Mój bark, który cierpiał te same katusze. I moja godność, która płakała w kącie, gdy na grupowych spacerach pozostałe pieski dreptały sobie spokojnie, a ja szarpałam się z dyszącym na drugim końcu smyczy psem. Oczywiście tematu nie ułatwia fakt, że Vuko jest samcem bardzo samczym. Gdybym mógł obsikałby cały wszechświat i jeszcze coś poza nim. „Tu byłem, tam byłem, o zobacz teraz nagle cofnę się o 3 metry w ciągu sekundy, bo tam jednak jeszcze za mało byłem”. Apogeum nastąpiło gdy wędrowaliśmy jakiś czas temu w plener. Na ramieniu torba z aparatem, na plecach plecak, na biodrze nerka, w jednej ręce statyw, a w drugiej smycz z psem na drugim końcu. Myślałam, że dostanę białej gorączki gdy tak obładowana szarpałam się z jednej strony chodnika na drugą. No gotowało się we mnie. Jak nietrudno się domyślić moje nerwy sprawiały tylko, że Vuko nie wiedział o co mi chodzi, podbiegał i przepraszał, po czym robił dalej to samo. Wtedy stwierdziłam, że koniec i basta czas na kluczową sprawę czyli KONSEKWENCJĘ i drugą kluczową sprawę; DOPASUJ METODĘ DO PSA, NIE PSA DO METODY. Kiedyś, kiedyś, gdy jeszcze podejmowałam walkę ze smyczowymi spacerami, zauważałam nutkę nadziei w zawracaniu i zmianie kierunku przy pociąganiu, zamiast zatrzymywania się. Wprowadziłam to w życie i muszę przyznać, że efekty mnie zaskakują. Coś tam w tej puchatej głowie świta, może jeszcze nie jesteśmy straceni.

3. Praca na odległość i znów ta nieszczęsna piłka

O tym ile głupot wyrządziłam naszej współpracy przy użyciu piłki pisałam już tu i tu. Uważam to za główne źródło wielu problemów. Choć są już przepracowane, zabrały nam mnóstwo czasu, który moglibyśmy przeznaczyć na naukę innych rzeczy. Ostatecznie wyniosłam z tego dużo wiedzy i doświadczeń, więc staram się choć w tym dopatrywać pozytywu.

W czym cały problem? W tym, że znalazła się jedna zabawka (piłka), którą pies pokochał ponad inne, a akurat ta zabawka jest czymś co służy głównie do aportu. Zamiast więc promować obecność psa obok siebie, cały czas pogłębiałam tendencję do trzymania ode mnie dystansu, w oczekiwaniu na nagrodę kilka metrów dalej. Choć podczas luźnych spacerów Vuko z wielką chęcią bawił się absolutnie wszystkim, to gdy pojawiały się jakiekolwiek wymagania, interesował go tylko już tylko deal na piłkę.

Pozwolenie na to było najidiotyczniejszą rzeczą w całej naszej współpracy i biada Wam ludzie jeśli też to zrobicie.

Cała masa elementów, które dużo łatwiej byłoby nam ćwiczyć np. na ażurkę musiało poczekać na moment, gdy nauczyliśmy się na nowo balansu na świeżym powietrzu i tego, że nagroda jest przy mnie. Teraz z wielkim uśmiechem patrzę jak Vuko przeskakuje z piłki na ażurkę, na szarpaka, na cokolwiek i już nie odmawia pracy, gdy schowam do plecaka jego obiekt westchnień. Jestem z tego strasznie dumna i wiem, że dla niektórych to jest jakiś kompletny banał. Pól roczne szczeniaki potrafią to bez problemu, ale dzięki mojej niewiedzy, nam przyszło nauczyć się tego trochę później. Gdy przychodzi czas ćwiczeń, trzyma się bliziutko i wszystko jest jak być powinno, ale ile ja się nagimnastykowałam żeby odkręcić to co nakręciłam, to szkoda gadać.

4. Nagradzanie za bardzo i brak markerów

W tym przypadku zbyt mocno wzięłam sobie do serca psie zasady wychowawcze. Ma być pozytywna nauka? No to będzie. Zdarzało mi się więc nagradzać Vukowskiego nawet wtedy, gdy zrobił coś niechlujnie i nie do końca tak jak trzeba. Później dziwiłam się pół roku dlaczego nie idziemy do przodu z danym ćwiczeniem. Gdy to do mnie dotarło i zaczęłam coś z tym robić, nagle wszystko magicznie się odmieniło. Nagle szliśmy do przodu, nagle widać było jakieś efekty. Oczywiście później należało wyważyć temat tak, aby mój wrażliwy na poziom radośności treningu pies nie uznał, że dla niego to za mało sukcesów i on ćwiczyć nie będzie. W ten sposób powstał u nas marker – rodzaj sygnału, który przekazujemy naszemu psu. Bardzo przyjaźnie wyjaśnione jest to u Drużyny G tu i u Obifru Team tu. Marker –  „już prawie”, mówi vukowskiemu, że nie ma tragedii i, że jest na dobrej drodze. Utrzymuje go na poziomie motywacji, na którym nie odczuwa rezygnacji i bezsensu swoich działań, ale nie nagradza zbyt mocno czegoś, czego nie robi do końca poprawnie. Gdy w końcu wykona wszystko jak trzeba jest dzika impreza i szał. Same markery, a raczej ich ograniczenie, było u nas kolejnym błędem. Mieliśmy niezniszczalne, zwalniające „okej”, było „super” i było „catch”, ale z biegiem czasu okazało się, że to nie wystarczy i trzeba nad tym dzielnie pracować. Tak oto do towarzystwa dołączyło wymienione wcześniej „już prawie” czy „dooobrze” komunikujące, że zadanie wykonywane jest świetnie i masz je dalej kontynuować i kilka innych. Nasz słownik systematycznie się powiększa i choć nie jest tak dokładny i doskonały jak u obikowców, to jesteśmy na dobrej drodze.

5. Brak komendy kończącej pracę

Brak tej komendy zupełnie nie przeszkadzał nam tak długo, jak Vukowi nie urosły jajca i nie zaczął interesować się mocniej otaczającymi go zapachami i środowiskiem. Głupie to było i kajam się nad tym. No bo skąd ten pies biedny, ma wiedzieć tak naprawdę kiedy możne iść i powąchać krzaczki, a kiedy powinien być w gotowości do działania. I powiecie, że jak kiedy? Zawsze, to Border Collie, hur dur….No nie, to nie tak działa i nie każdy border jest taki sam, ale to temat na inny wpis. Generalnie, dopóki ja nie wyznaczałam tego momentu, on wyznaczał go sobie sam. A gdy środowisko zaczęło być trochę ciekawsze, moment ten następował dość często. Oczywiście było to związane też z całą złożonością psiego dojrzewania czy moimi błędami motywacyjnymi, ale to również temat na inny tekst. W każdym razie, gdy wprowadziłam komendę „koniec” powoli, powoli do Vukowskiego dotarła zależność w tej kwestii. W tej chwili jak ćwiczymy to ćwiczymy, a gdy usłyszmy magiczne  słowo, to jakby wdusić mu przycisk, przełącza się automatycznie w tryb przerwy. Z początku robiłam to bardzo szybko, dosłownie po każdym krótkim zadaniu, żeby nie spalić komendy. Eksploracja środowiska miała być chwilą rozładowania dla pana psa. Teraz wymagam już trochę więcej i w sumie więcej też dostaję. Najczęściej jeśli nie ma emocji do rozładowania, czy ciekawych zapachów w okolicy, to Vuko po prostu kładzie się obok po zwolnieniu, albo próbuje przynosić mi zabawki. Choć to drugie jest teoretycznie zaprzeczeniem kończenia zabawy, w naszym przypadku czasem delikatnie i krótko, ale promuję to zachowanie, by dalej robić miło naszej motywacji i po to, by pogłębiać inicjatywę do pracy u Vukowskiego. Jeśli on po zakończonym ćwiczeniu woli pracować dalej, zamiast korzystać z możliwości eksplorowania środowiska, którą otrzymał, to dla mnie jest to bardzo pozytywny sygnał. Oczywiście w przypadku psów nakręconych i nie potrafiących wyłączyć się z trybu pracy, takie zachowanie przewodnika, tylko pogłębiałoby problem, dlatego tak ważne jest żeby do każdego psa dostosować indywidualny sposób działania i aby być elastycznym. Jeśli Vukowskiego będę musiała bardziej gasić niż rozbawiać, to też inaczej podejdę do komendy „koniec”, gimnastyka dla mózgu zapewniona 😉

6. Pozwolenie na pracę z innym człowiekiem

Oczywiście umiejętność pracy z kimś innym niż przewodnik nie jest niczym złym. Błędem jest jednak gdy pozwalamy na to by pies np. zaaportował zabawkę do innej osoby niż my i od niej otrzymał kolejny rzut, czyli pożądaną nagrodę. Nie wiem jakie głupoty zaćmiły mi głowę, że na to pozwalałam, ale no mleko się wylało. Teraz oczywiście jest to kategorycznie zabroniona sprawa i pojawia się bardzo sporadycznie, ale czasem się pojawia i tylko moja w tym wina. No może nie tylko, bo czasem po prostu moje prośby by podaną zabawkę zignorować były kompletnie niesłyszalne. Ale powinnam być wtedy bardziej stanowcza. Całe szczęście jest to zachowanie pojawiające się bardzo rzadko i z łatwością udaje się Vuka odciągnąć na powrót w moją stronę, ale lepiej byłoby gdyby w jego głowie w ogóle nie istniała taka funkcja.

6.a

Bonusowe, drobne kwestie, nad którymi nie rozwodzę się bardziej, bo nie wynikały ściśle z błędów szczenięcych, ale w szczenięctwie lepiej zrobione, nie eskalowałyby w przyszłości:

-ekscytacja podczas oczekiwania na swoja kolej na treningu.

-spalone i naprawione, spalone i naprawione imię.

-zbytnia przewidywalność, powtarzalność i systematyczność nagród, co zostało już przez nas naprawione.

Na koniec nutka nadziei:

Jest cała masa spraw, które najpierw popsułam, a potem naprawiłam. Cała masa takich, które odpuściłam na rzecz nauki innych, ważniejszych i z perspektywy czasu wiem, że było to dobre. Część z nich popsuła się samoistnie i samoistnie naprawiła, bo pies też może czasem stwierdzić, że dzisiaj to on to ma w włochatym tyłku. Zrozumienie, że to czego nie umiemy dziś, nauczymy się jutro, a to co dzisiaj umiemy, może jutro lekko szwankować i nie jest to koniec świata, było kluczową lekcją. Pewnie tak samo ważną jak to, że mnóstwo błędów można naprawić i wyjść na tym bogatszym o doświadczenie. Są też sprawy, które tak bardzo nas trapią, a są cechą osobniczą, z którą ciężko jest walczyć i o ile łatwiej byłoby żyć po prostu to akceptując. I nie mam tu na myśli niesławnego „on tak ma” w odniesieniu do Fafika ujadającego na pół osiedla, czy Border Collie kamikaze uganiającego się za samochodami, bo z tym to bezwzględnie walczymy. Naprawmy co da się naprawić, kochajmy to czego naprawić się nie da, bo to chyba drobne wady czynią perfekcyjnym swoją nie perfekcyjnością. A jeśli da się naprawić, ale nie umiemy to się tego nauczmy. Nie powiem, nie popełniajmy błędów, bo to nie jest możliwe i dopóki wyciągamy z tego wnioski, a psu nie dzieje się krzywda, to wszystko jest w porządku. Nasze psy wybaczają nam bardzo wiele, pewnie więcej niż niekiedy my im….nad tym warto tez się zastanowić 😉

<a href=”https://www.bloglovin.com/blog/19010101/?claim=7c4skde5j5x”>Follow my blog with Bloglovin</a>

Reklamy

5 uwag do wpisu “Błędy wieku szczenięcego

  1. Em

    Jejku, ten post był mi strasznie potrzebny, dziękuję za niego! Też mam samczego samca, który musi wszystko podsikac i najlepiej jeszcze czyjeś siki wylizać. Ciągnięcie na smyczy jest moja wielka zmora i dokładnie tak samo jak Ty – naoglądalam się i naczytałam jak nauczyć porządnie chodzić, ale zawsze miałam jakieś „ale”, które pozwalało na to ciągniecie. Niestety i przywołanie wraz ze wzrostem jajek się psuło, ale widzę światełko w tunelu i dzisiaj pierwszy raz od baaardzo dawna odważylam się zrezygnować nawet z linki i udało się. Zmniejszenie oczekiwań i dopasowanie metod do psa, a nie odwrotnie zdecydowanie zbliża mnie do naszych małych celów!

    Polubienie

  2. Pingback: Nagradzanie: 5 rzeczy, których nauczył mnie mój pies – VUK VUK

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s